Pierwsze dni nowego roku na giełdzie rządzą się swoimi prawami. Kursy są wypadkową bardziej emocji niż racjonalnego myślenia. Rynek dopiero budzi się ze świątecznego letargu. Aktywność inwestorów była wczoraj większa niż na sesjach między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, ale i tak pozostawiała wiele do życzenia. W czasie wcześniejszych notowań najwięcej mówiło się o kwestiach związanych z rozliczeniami podatkowymi, szansach na pojawienie się efektu stycznia, windows dressing, optymistycznym bilansie 2006 r., który u progu 2007 r. miał zachęcić nowych inwestorów do ulokowania środków na giełdzie.
W tym wszystkim ginęła dyskusja o czynnikach mogących oddziaływać na koniunkturę w dłuższym terminie. Sprzyjająca otoczka wokół giełdowego parkietu zmniejszała negatywny wydźwięk ostrej wyprzedaży miedzi, pogorszenia atmosfery wokół mniejszych spółek czy zagrożeń związanych z kondycją światowej gospodarki.
Historia naszego parkietu uzasadnia optymistyczne nastawienie do akcji w tym miesiącu. Cztery razy częściej notowania szły w jego trakcie w górę niż traciły. Przeciętnie zwyżka wynosiła 6,5 proc. Gdy WIG na pierwszej sesji nowego roku szedł w górę o więcej niż 1 proc. (obecny przypadek jest dziewiątym), tylko dwa razy styczeń zakończył się zniżką. Jednocześ-nie od 2000 r. pierwszy miesiąc nowego roku przynosi na przemian wzrost i spadek. W 2006 r. WIG zyskał w tym okresie przeszło 6 proc. Zgodnie z tą regułą, teraz więc czas na ruch w dół. Jeśli rzeczywiście nastąpi, będzie to symbolicznym wyrazem braku wiary inwestorów w możliwość utrzymania się hossy piąty rok z kolei.