Podobno każdy kij ma dwa końce. Choć relatywizm świata zachodniego i tu doszukałby się niepoprawnego politycznie uogólnienia, przyjmijmy słuszność tej maksymy. Kiedy porównamy dzisiejsze wypowiedzi dawnych "euroentuzjastów" do głoszonych ćwierć dekady temu, okazuje się, że nie tylko kij ma dwa końce, ale do tego marchewka potrafi być kijem. Kiedy zapędzono nas do urn wyborczych, by móc formalnie włączyć Polskę do Unii Europejskiej, do nadrzędnych haseł tzw. euroentuzjastów należały: "szansa dla młodych", "praca w Europie" i wreszcie "wyższe wynagrodzenia". Z kolei kłodami rzucanymi pod nogi przez tzw. eurosceptyków były: "wypranie z tożsamości narodowej", hiperinflacja i jeszcze większe bezrobocie z racji zalewu produktami unijnymi. Tak jak większość argumentów wysuwanych przez sceptyków przeciwko naszej integracji z Unią okazała się - przynajmniej na razie - zupełnie rozmijać z postakcesyjną rzeczywistością, tak też znaczna część "eurofanatyków" zamieniła marchewkę na kijek.
Okazuje się bowiem, że największym zmartwieniem gospodarczym dzisiejszej Polski jest wzrost wynagrodzeń i brak zasobów siły roboczej. Gdyby obraz dzisiejszej kwitnącej Polski pokazać kilka lat temu, zapewne nie trzeba byłoby prowadzić żadnej kampanii na rzecz integracji. Tożsamość narodowa wydaje się silniejsza niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich kilkunastu lat, inflacja utrzymuje się na niespotykanie trwałym i niskim poziomie, a rzeczywista stopa bezrobocia jest znacznie niższa, niż podają oficjalne statystyki! Osoby, które jeszcze kilka lat temu nie szczędziły swojego autorytetu dla wspierania integracji z Unią, dziś podkreślają negatywne konsekwencje naszej integracji.
W ostatnich tygodniach doskonale sprzedaje się opinia o katastrofalnym w skutkach wzroście wynagrodzeń. Zarówno oficjalne dane GUS, jak i oczekiwania przedsiębiorców wskazują na znaczne podwyżki wynagrodzeń w przyszłości. W wypowiedziach dominuje przekonanie o negatywnych konsekwencjach wysokiej dynamiki płac dla polskiej gospodarki. Wśród rezultatów najczęściej wymienia się wzrost kosztów pracy, presję inflacyjną, osłabienie międzynarodowej konkurencyjności i w efekcie utratę rynków przez eksporterów.
O ile pierwszy z rezultatów jest oczywisty, o tyle ocena pozostałych jest dość ambiwalentna. Decydując się na współtworzenie Unii, wiedzieliśmy o dysproporcjach płacowych i mieliśmy cichą nadzieję, że z czasem i nam się polepszy. "Dzięki łaskawości Boga Wszechmocnego i działaniu praw rynku" - jakby wyszeptał Roger Waters, integracja z Unią spowodowała, że płace rosną. Z tych samych względów następuje exodus pracowników za granicę. Dla wielu stanowi on życiową szansę na samorealizację, ale wciąż wielu - nie wyłączając dawnych "euroentuzjastów" - postrzega go jako porażkę elit rządzących, odpowiedź na gospodarczą beznadziejność, a na pewno źródło rozbicia małżeństw i rodzin.
Tak długo, jak obserwujemy odpływ kadr za granicę, możemy spodziewać się napływu know-how, tworzenia kultury pracy, nie wspominając o tak fundamentalnych dla "eurosceptyków" kwestiach, jak np. wpływ pobytu na emigracji na rozwój postaw patriotycznych. Tak długo, jak obserwujemy dynamiczny wzrost wynagrodzeń, powinniśmy z optymizmem patrzeć w przyszłość, oczekując coraz wyraźniejszego wykrystalizowania naszej roli w globalnym podziale pracy. Dla ekonomisty to, co obserwujemy, jest naturalnym procesem wyrównywania, który pozwala na znalezienie naszej "przewagi komparatywnej". Im bardziej wzrośnie poziom wynagrodzeń w kraju, tym większa będzie skłonność inwestorów do przemieszczania "podrzędnych" obszarów działalności gospodarczej z Polski do krajów biedniejszych. W Polsce będzie następowała pozytywna selekcja w kierunku coraz większego udziału tych technologii, które bazują na dominujących zasobach czynników wytwórczych. Przełożenie zmian cenowych na procesy realne także nie powinno budzić zbytniego niepokoju. Dotychczas nie obserwowaliśmy negatywnej dysproporcji pomiędzy dynamiką wynagrodzeń i wydajności pracy. Nawet gdyby wypełnił się scenariusz znacznego wzrostu wynagrodzeń w najbliższych miesiącach, skonsumowałby on dotychczasowy wzrost wydajności. Obok tworzenia opóźnionej presji inflacyjnej, co bez względu na wyznaczony cel inflacyjny jest nieodzownym elementem konwergencji, wzrost nominalnych wynagrodzeń pociągnie za sobą podwyżkę realnych wynagrodzeń. Z czasem migracja zarobkowa zostanie zahamowana, pozytywna selekcja pracowników ulegnie przyśpieszeniu. Taki mechanizm wpłynie na zwiększenie zasobności naszej gospodarki w najlepszych pracowników, także poprzez "reemigrację" tych, którzy już wyjechali za granicę, oraz ogólny wzrost przeciętnej wydajności.