Główne amerykańskie indeksy rozpoczęły czwartkową sesję od niewielkich spadków. Nastroje psuła nie najlepsza wymowa sesji z dnia poprzedniego. Wówczas to, początkowe silne wzrosty zostały zredukowane praktycznie do zera z powodów obaw, jakie pojawiły się po publikacji protokołu z grudniowego posiedzenia FOMC. Wskazano w nim, że amerykańskiej gospodarce może grozić stagflacja (słabnąca gospodarka w połączeniu z wyższą inflacją). Czwartkowe spadki na głównych europejskich parkietach oraz dalsza przecena na rynku surowcowym, również nie poprawiały nastrojów amerykańskich inwestorów. Warto na chwilę wrócić jeszcze do środowej sesji. Zakończyła się ona 0,12-proc. spadkiem indeksu S&P 500, 0,1-proc. wzrostem DJIA i zwyżką o 0,3 proc. Nasdaq Composite. Porównanie z początkiem ubiegłego roku wypada blado. Pierwszy dzień notowań w 2006 r. przyniósł bowiem 1,6-proc. zwyżkę S&P 500 oraz 1,7-proc. rynku technologicznego. Oczywiście, pierwsza sesja o niczym nie przesądza. Wszak znane na Wall Street powiedzenie, które jest statystycznie potwierdzone, mówi, że dopiero jaki styczeń, taki cały rok. A w wersji okrojonej, cały rok można prognozować dopiero na podstawie pierwszego tygodnia.
Patrząc jednak na tę pierwszą sesję w roku i na wykresy głównych amerykańskich indeksów można odnieść wrażenie, że jednak obserwowana w środę słabość popytu może być w najbliższych 12 miesiącach stosunkowo częstym obrazkiem. Szczególnie na początku roku.
Liczne negatywne dywergencje wykresów ze wskaźnikami, spadająca dynamika wzrostów w ostatnich tygodniach, jak również fakt, że te wzrosty, nieprzerywane praktycznie większymi korektami, trwały pół roku, sprawiają, że rosną szanse na mocniejszą korektę. Zachowanie rynku na przestrzeni ostatnich 3 lat pokazuje, że taka korekta (zakładając, że to będzie korekta), powinna zredukować około 1/3 wcześniejszego impulsu. W przypadku S&P 500 oznaczałoby to spadek do około 1350 pkt. Tam też dopiero można rozważać kupno akcji. Póki co są one zbyt drogie.