To my sfinansowaliśmy sukces gospodarczy, którym chwalą się rządzący. Nasze ciężko uciułane pieniądze hurtem wpakowaliśmy w polskie firmy. Jak by tego było mało, za każdy gest - kiedy lekką ręką oddajemy nasze oszczędności ku pomyślności rodzimych przedsiębiorstw - musimy płacić jakieś prowizje. Paradoks? "Samonakręcający się mechanizm" - rzekł pewien mądry zarządzający jednego z TFI. Jak działa?
TFI są pośrednikiem. Z ich pomocą kasa z kieszeni obywateli płynie wartko na giełdę. A że płynie na ślepo, to znaczy trafia gdziekolwiek, byleby papier nazywał się akcją - bo przecież nowych spółek i ofert wciąż za mało, żeby móc sobie pozwolić na przebieranie jak w ulęgałkach - to i giełda rośnie równo. A klientom TFI błyszczą oczy na widok zysków, które, przynajmniej do czasu realizacji, pomnażają się w zawrotnym tempie. I chcemy więcej. No to znów kupujemy te fundusze, a one - akcje ("Wszyscy chcą mieć dziś akcje, nawet nie wiedząc, co to jest" - to znów cytat z TFI).
I w ten sposób nawet na słabnącym grudniowym rynku TFI zebrały kolejne 3,8 mld zł, powiększając zarządzany przez nie, acz nasz własny majątek, do 98,8 mld zł. A tu święty Mikołaj rzucił ostrzeżenie - kursy akcji mogą też podążać w dół. I to trochę jak w prawdziwych górach - z trudem wspinasz się z całym narciarskim sprzętem, a potem szybki zjazd w dół i koniec bajki. Nie wszyscy lubią taką jazdę. A niektórzy lądują w zaspie. Pozostaje żywić nadzieję, że szczęśliwi posiadacze jednostek funduszy nie wpadną w tym roku na pomysł, żeby ławą ruszyć ze stoku i że lawiny nie będzie.