To, że rosyjscy członkowie zarządu EuRoPol Gazu zaskarżyli taryfę tranzytową, zaproponowaną przez ich polskich kolegów, nie jest specjalnym zaskoczeniem. Dla obserwatorów uważnie śledzących polsko-rosyjskie potyczki gazowe (i nie tylko) było jasne, że każda decyzja prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, niezgodna z ich propozycjami, będzie przez nich oprotestowana. Wszystko wskazuje na to, że na proteście się nie skończy. Rosjanie prawdopodobnie po prostu zignorują taryfy ustalone przez polskiego regulatora i będą płacić "skolko ugodno", czyli taką stawkę, jaką uznają za stosowną. Ich dotychczasowe postępowanie wskazuje, że nie uznają oni kompromisów. Do negocjacji podchodzą z pozycji siły, więc słabszemu z założenia przeciwnikowi walczyć jest trudno. Ma wybór: albo walczyć z przeciwnikiem, albo się do niego przyłączyć. My zdecydowaliśmy się walczyć, więc teraz ścieramy się, jak Dawid z Goliatem. Tak jak w biblijnej przypowieści, i tu mogą nas uratować jedynie spryt i rozum.
Dla Gazpromu - urastającego ostatnio do rangi symbolu Rosji - konieczność uzgadniania warunków przesyłu gazu przez Polskę to utrudnienie, a ponoszone opłaty to koszt dostarczenia go na Zachód. Dla Polski kwestia tranzytu błękitnego paliwa to przede wszystkim argument w negocjacjach na temat dostaw surowca oraz swoista gwarancja ich ciągłości. Jednak nic nie trwa wiecznie i nie czekając aż nasz as w rękawie stanie się blotką, musimy przygotowywać nowe rozdanie - alternatywne źródła energii i gazu.