Inwestorzy giełdowi zwykle ekscytują się zmianami wag w indeksach. Dlaczego? Mechanizm działania jest prosty - jeśli fundusz inwestycyjny chce utrzymywać portfel rynkowy (czyli mówiąc slangiem: "posiadający betę równą 1"), to siłą rzeczy porównuje się z indeksem. Dodatkowo jest z tym indeksem zestawiany przez obserwatorów rynku. Zatem zmiana wag poszczególnych spółek zmusza takich inwestorów do dostosowania swoich portfeli. Wpływ na kursy "zainteresowanych" spółek zależeć przy tym będzie od dwóch rzeczy - liczby inwestorów utrzymujących portfel rynkowy i skali przesunięć w indeksie.

O ile polski rynek może nie dostarczać zbyt dużo potwierdzeń przedstawionego mechanizmu, o tyle na świecie zdarza się, że jest to istotny czynnik. Kilka miesięcy temu na łamach "Parkietu" zastanawiałem się, czy przypadkiem fundusze inwestycyjne (w tym agresywne fundusze hedgingowe) działające na światowych rynkach surowcowych nie zdecydują się na rozpoczęcie gry na spadki ich cen. Przecież funduszom jest wszystko jedno, w którą stronę zmienia się kurs, zwłaszcza że nie handlują bezpośrednio towarami, ale kontraktami na nie. Było ku temu kilka przesłanek - obawy o koniunkturę w USA, czy próby schładzania gospodarki w Chinach, żeby wymienić tylko dwie z nich. Zadziałał wtedy również impuls rynkowy - oto jeden z najważniejszych indeksów surowców - Goldman Sachs Commodity Index (GSCI) - znacząco zmienił wagi komponentów. Surowce energetyczne zmniejszyły swoją wagę na korzyść metali. Największa zmiana nastąpiła w przypadku gazu. Skończyło się to olbrzymią wyprzedażą, która m.in. doprowadziła do bankructwa funduszu Amaranth (9 mld USD aktywów przed upadkiem). Można się spierać, czy rzeczywiście ta zmiana miałaby jakiś wpływ, jeśli nie trafiłaby na podatny grunt obaw o stan światowej gospodarki. Mogła to być po prostu kropla przelewająca czarę goryczy.

Od tego czasu ceny surowców energetycznych sukcesywnie spadają, a na dodatek ostatnio Goldman Sachs znów zrewidował skład swojego koszyka. I znów surowce energetyczne straciły - rzut oka na wykres ropy Brent pokazuje, że nie pozostało to niezauważone. Jeśli chodzi o konkretne liczby, to udział surowców energetycznych zmniejszył się od marca zeszłego roku z 75 do 68 proc. (czyli o niemal 10 proc.), podczas gdy metali wzrósł z 8,1 proc. do niemal 11 proc.

Czy można na tej podstawie próbować przewidywać przyszłe ruchy cen ropy? Długoterminowo raczej nie. Zmiany w indeksach mają zwykle skokowy wpływ na ceny i jeśli nie nałożą się na to inne czynniki, to szybko wszyscy o nich zapominają. Z tym że aktualnie surowce energetyczne doświadczają poważnych strat, ponieważ na wspomniane czynniki nałożyła się jeszcze dość ciepła zima na półkuli północnej. Ale w perspektywie kilku kwartałów można liczyć, że ceny ropy nadal nie będą wielkim problemem dla gospodarki (lub raczej nie większym niż dotychczas). Warunkiem oczywiście jest brak czynników o charakterze nierynkowym - ostatnie przegrupowania wojsk USA w Zatoce Perskiej skłaniają bowiem niektórych do przypuszczeń, że możemy mieć do czynienia z prewencyjnym atakiem na irańskie instalacje atomowe - a to zapewne spowodowałoby wzrost cen ropy o kilkadziesiąt dolarów za baryłkę. Na razie jednak ceny ropy naftowej wyrażone w złotych są o około 20 proc. niższe niż rok wcześniej, co częściowo niweluje wpływ ostatniej podwyżki akcyzy i sprawia, że sekcja "transport" w polskim koszyku inflacyjnym jeszcze przez dłuższy czas obniżać będzie inflację. Pod warunkiem oczywiście, że nie będzie już problemów z dostawami, ale to - podobnie jak kwestia Iranu - leży poza moimi możliwościami prognostycznymi.

Ekonomista ING Banku