Jest taka spółka w obrocie publicznym, którą nie interesują się ani analitycy, ani wielkie fundusze, ale która od miesięcy budzi nieustające i olbrzymie emocje wśród graczy rynku kapitałowego. Firma od lat nie prowadzi żadnej działalności, ma więcej długów niż kapitałów. Wnioski o jej upadłość zdarzały się częściej niż raporty roczne wykazujące zyski. Jedynym praktycznym przejawem jej aktywności jest zwoływanie walnych zgromadzeń, na których jedynym zarejestrowanym udziałowcem jest jej prezes. Mimo to wciąż rośnie liczba graczy, którzy decydują się w nią zainwestować. Co to za spółka? To notowana na rynku MTS-CeTO częstochowska firma Leasco - swego czasu pierwsza polska firma leasingowa dopuszczona do publicznego obrotu.
Ryzykanci, naganiacze
i ci trzeci
Na forach internetowych poświęconych rynkom kapitałowym, takich jak parkiet.com czy bankier.pl, wątki poświęcone Leasco należą do największych i najbardziej aktywnych, zainteresowaniem bijąc wymiany poglądów na temat wszystkich rodzimych blue chipów. Skąd to zainteresowanie spółką, której kapitał zakładowy zaledwie przekracza 20 mln zł? To przede wszystkim wiara. Wiara, że inwestycje w akcje Leasco przyniosą ich właścicielom krociowe zyski.
I śledząc notowania CeTO w ostatnich miesiącach, można odnieść wrażenie, że wiara ta nie jest li tylko szaleństwem. Od lata ub.r. akcje Leasco wydźwignęły się z poziomu jednego grosza nawet do 22 gr. Ci, którzy latem kupili akcje za grosz, w grudniu sprzedając walory częstochowskiej spółki mogli się pochwalić stopą zwrotu z inwestycji na poziomie 2200 proc.! Nic dziwnego, że to działa na coraz to nowych inwestorów. Oczywiście, takie zyski mogli osiągnąć tylko nieliczni, ale kolejnych ryzykantów nie brakuje.