Inwestorzy ignorują niebezpieczeństwa inwestowania na rynkach wschodzących - ostrzega jeden z prestiżowych amerykańskich instytutów.
Według Institute of International Finance, zrzeszającego globalne instytucje finansowe oraz 320 wielkich banków, w minionym roku w dalszym ciągu pompowano pieniądze w emerging markets. 502 miliardy dolarów, jakie wpłynęły w 2006 roku na rynki ponad 30 krajów - od Polski, po Chiny i Ekwador - to prawie tyle samo, ile w 2005 r. (509 mld USD). Prognoza na ten rok przewiduje, że prywatni inwestorzy ulokują na rynkach wschodzących 468,7 mld USD. To mniej niż w poprzednich latach, ale wciąż czterokrotnie więcej niż w 2002 r.
Według szefa instytutu Charlesa Dallary, pieniądze płyną na emerging markets z kilku powodów. Najważniejszym z nich jest koniunktura: światowa gospodarka rozwija się już czwarty rok z rzędu. Nie bez znaczenia są też prorynkowe reformy podjęte np. przez Indie czy Turcję. Najważniejszym powodem jednak są oczekiwane zwroty z inwestycji. W ub.r. główny publikowany przez Morgan Stanleya indeks rynków wschodzących zyskał ponad 29 proc.
- Obawiamy się, że tempo wzrostu inwestycji w te rynki mogło przekroczyć tolerancję inwestorów na fundamentalne wskaźniki ryzyka - ostrzega Dallara. Wśród potencjalnych zagrożeń wymienia się chiński sektor bankowy, który przyciąga zagraniczny kapitał, a w Europie Środkowo-Wschodniej - papiery wartościowe zabezpieczone hipotecznie. Liderem pod względem zwrotów ma pozostać Azja.
(Nowy Jork)