Zachowanie światowych rynków surowcowych zarówno w zeszłym roku, jak i w dopiero raczkującym 2007 oraz formułowane przy okazji dramatycznych wręcz zwrotów zmienne opinie analityków prowadzą do wniosku, że na rynku tym pierwsze skrzypce zdają się grać osobnicy nie do końca panujący nad swoimi emocjami. To delikatne określenie zmiennych nastrojów zarówno inwestorów, jak i analityków. Zarówno bowiem notowania, jak i opinie "speców? jeżdżą "od bandy do bandy?. Prognozy, niczym chorągiewki na wietrze, zmieniają nie tylko kształt, ale i kierunek.
Kiedy w zeszłym roku, za sprawą zarówno fundamentalnych przesłanek (chiński popyt itp.), jak i zwykłej spekulacji notowania futuresów na ropę dobijały niemal do pułapu 80 dolarów, część analityków śmiało wieszczyła pokonanie poziomu stu dolarów za baryłkę. Entuzjazm wobec rynku ostygł jednak jesienią, a ostatnio wręcz wyparowywał - i to z taką samą zapierającą dech szybkością, z jaką taniała ropa. Chórek, który nie tak dawno wieszczył bicie kolejnych rekordów drożyzny, teraz zaczął lamentować nad przyszłością branży naftowej, którą z giełdowego piedestału w otchłań strącić miałyby właśnie lecące na łeb, na szyję ceny ropy. W jednym ze specjalistycznych materiałów natrafiłem wręcz na rozważania ewentualnych konsekwencji realizacji scenariusza kryzysowego dla Rosji, który miałby się wypełnić w wypadku trwalszej zniżki cen ropy w okolice 30 dolarów. Widać wyraźnie, że ani inwestorzy, ani analitycy na rynku surowców nie umieją oddzielać długoterminowych prognoz od bieżących trendów. Kiedy kursy rosną, w górę strzelają i prognozy. Po zwrocie, nikt sobie nic nie robi z wcześniejszych ocen.
Zgodnie z kontrariańskim przyzwyczajeniem, z równym dystansem patrzę zarówno na gwałtowne obniżanie, jak i na równie gwałtowne podwyższanie prognoz w zależności od kierunków, zwrotów i siły bieżących trendów. I choć staram się poznawać jak najwięcej rozmaitych opinii, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rzeczywisty obraz rynku surowców wykoślawia częsta i groteskowa czasami zwykła ludzka histeria. I myślę, że właśnie w takich momentach warto zawsze przypominać nawet o najprostszych kontrargumentach wobec bieżących nastrojów. W czasie ubiegłorocznej gorączki cenowej przypominałem w rozmowach z inwestorami, że ropa, choć niezbędna nie tylko galopującym Chinom, nie wyparowała przecież ze złóż (tak zresztą jak i rudy metali, których ceny dziurawiły kolejne sufity). Ostatnio przyszło mi zaś przypominać, że z ostrej korekty spadkowej nie wynika wcale, że ropa czy miedź przestały być nagle potrzebne. I że we wszelkich ocenach zarówno wzrostów, jak i spadków warto zachować umiar, a emocje zostawić na relacje z Ligi Mistrzów.Trzeba przyznać, że na tle bardzo zmiennych prognoz dla surowców wyróżnia się głos jednego z bardziej znanych "byków? tego rynku - Jima Rogersa. Ów spec, który wyrobił sobie markę postawioną już ponad osiem lat temu prognozą surowcowej hossy, twardo obstaje bowiem przy swoim scenariuszu, w którym ceny ropy sięgną maksimum dopiero powyżej pułapu nie tylko stu, ale i 150 dolarów? Serdecznie życzę nam wszystkim, żeby Rogers jednak tym razem się mylił. I to grubo. Bo zapowiadany przez niego powrót do wcześniejszego megabyczego trendu na rynku ropy, ba - i jeszcze jego wzmocnienie - zmusiłoby nas do masowego importu chińskich rowerów. Dla rzeczonych Chińczyków z kolei oznaczałoby to konieczność wydawania znacznie większej części przychodów ze sprzedaży owych rowerów na rachunki za paliwa. Co w efekcie mogłoby zmniejszyć także pulę azjatyckich miliardów wydawanych rok w rok na finansowanie amerykańskiego życia na kredyt. Co z kolei mogłoby rykoszetem zestresować europejskich konsumentów. O skutkach inflacyjnych, stopach procentowych i wpływie na statystyki PKB lepiej nawet nie myśleć. Jedynym globalnym wygranym byłoby specyficzne towarzystwo: naftowych szejków (w tym pewnie kumpli Osamy i Hamasu), Putina, Chaveza? Co per saldo mogłoby się okazać dla świata równie złe, jak ewentualne zduszenie cen ropy do poziomów niewidzianych od wielu lat. Bo wspomniane towarzystwo ma to do siebie, że może być szczególnie niemiłe zarówno na skutek obżarstwa, jak i niedojadania. Dlatego najlepiej byłoby, gdyby cena ropy zakotwiczyła gdzieś w okolicach 50, góra 60 dolarów. Nie za tanio, nie za drogo. Ale wystarczająco, by dało się w miarę normalnie żyć. Zwłaszcza że - biorąc pod uwagę opisane przesłanki formułowania prognoz surowcowych - im dłużej by taka kotwica się utrzymywała, tym bardziej do jej trwałego charakteru przekonywaliby się sami progności.