Oficjalnym kryterium, którym kieruje się Rada Polityki Pieniężnej, decydując o poziomie stóp procentowych, jest stabilność cen, mierzona rocznym wskaźnikiem zmiany indeksu cen konsumenckich. Ceny uznawane są za stabilne, gdy wskaźnik ten znajduje się w przedziale od 1,5 do 3,5 procent. Liczne studia wskazują jednak, że Rada większą wagę przykłada do inflacji oczekiwanej niż do monitorowania inflacji bieżącej. Stąd też niepewność co do kształtowania się procesów inflacyjnych, w tym rozbieżne z prognozami ekonomistów bankowych projekcje przygotowane przez NBP przełożyły się na brak pewności co do kierunku, jaki obierze polityka monetarna. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy następowało systematyczne wygaszanie oczekiwań rynkowych na podwyżki stóp, żeby za sprawą "jastrzębiego" komunikatu po grudniowym posiedzeniu RPP i ostrych wypowiedziach członków Rady nastąpiło ponowne spłaszczenie krzywej dochodowości.
Gdzie ta presja?
Jeżeli przyjrzymy się bieżącym danym makroekonomicznym, to formułowanie wniosków co do wzrostu presji inflacyjnej wydaje się mocno naciągane. Wyraźnych dowodów nie dostarczają również wyniki badań koniunktury w handlu detalicznym, choć trzeba zauważyć, że własności predykcyjne tych wskaźników nadal nie są zadowalające. Wzrost inflacji do 1,6 proc. w listopadzie ub. r. w porównaniu z 1,4 proc. w październiku niemal w całości wynikał ze statystycznego efektu bazy. Szczegółowe dane o inflacji uwidaczniają jednak rozdźwięk między kształtowaniem się cen w kategoriach typu non-tradables (przede wszystkim usługi) i tradables (odzież, obuwie, sprzęt elektroniczny). W 2006 r. w kategorii tradable zanotowano deflację na poziomie 3 proc. Sygnał ten może być kluczowy dla zrozumienia źródeł procesów inflacyjnych w średnim okresie. Czynniki, które określamy zbiorczym mianem jako popytowe lub też kosztowe, mogą prowadzić do wzrostu presji inflacyjnej. Podczas gdy zwiększenie otwartości polskiej gospodarki (udział importu w PKB wzrósł z około 33 proc. w 2003 r. do 42 proc. w 2006 r.), liberalizacja handlu oraz silny, jak się wydaje, efekt substytucji pomiędzy dobrami produkowanymi w kraju i importowanymi w połączeniu z kontynuacją wzrostów produktywności w gospodarkach takich jak Chiny, a więc wszystko, co przyjęło się określać mianem efektu globalizacji, zmniejszać będzie presję inflacyjną. Antyinflacyjny wpływ będą mieć też w najbliższym czasie działania deregulacyjne na rynku telekomunikacyjnym i pocztowym oraz kurs złotego wspierany dobrymi danymi makro, oficjalnymi transferami z UE i przekazami emigrantów.
Płace i wydajność
Ewentualne impulsy do wzrostu inflacji w średnim okresie mogą natomiast pochodzić z sektora produkującego dobra typu non-tradable. Podczas gdy wzrosty płac i jednostkowych kosztów pracy w przetwórstwie przemysłowym pozostają nadal niższe od wzrostu produktywności (między innymi dlatego przedsiębiorstwa zanotowały w III kw. u. br. rekordowy wynik finansowy), co ogranicza konieczność przenoszenia kosztów produkcji na odbiorców (w tym konsumentów), w gospodarce jako całości mamy do czynienia z szybszym wzrostem realnego funduszu płac niż PKB. To zaś z kolei może prowadzić do wystąpienia tzw. efektu Balassy-Samuelsona. Na ryzyko wystąpienia tego efektu wskazywano już wielokrotnie, ale jak dotąd nie widać jego wyraźnych skutków. Dlaczego jednak tym razem efekt ten może się zmaterializować?