Na Wall Street trwa sezon publikacji wyników. Stąd o kierunku zmian na rynkach finansowych decyduje przede wszystkim to, czym poszczególne firmy się chwalą. Dziś nie będzie inaczej. O losach sesji, również w Europie, rozstrzygać będzie reakcja inwestorów na publikowane po zakończeniu czwartkowych notowań wyniki Microsoftu. Być może z małym wsparciem publikowanych dziś grudniowych raportów o zamówieniach na dobra trwałego użytku oraz sprzedaży nowych domów w USA. Generalnie wyniki spółek przyjmowane są dobrze przez rynek, o czym najlepiej świadczy chociażby środowy historyczny rekord indeksu Dow Jones czy wzrost S&P 500 do najwyższego poziomu od września 2000 r. Hossa w USA trwa więc w najlepsze. Obecny, zapoczątkowany jeszcze w lipcu 2006 r., impuls trwającej od 4 lat hossy nie jest najmocniejszy, ale jest najdłużej trwającym ruchem, który nie był przerywany mocniejszymi korektami. Styczeń jest bowiem siódmym kolejnym miesiącem, który przynosi wzrost S&P 500. Jednocześnie w tym czasie nie wystąpiły większe zawirowania na rynku. Ostatnio tak długą serię można było zaobserwować pomiędzy grudniem 1994 r. a lipcem 1995 r., kiedy S&P 500 wzrósł z poziomu 453 pkt do 562 pkt. Aktualna sytuacja techniczna na wykresach Średniej Przemysłowej, S&P 500, a nawet na Nasdaq Composite, który aktualnie spisuje się najsłabiej z całej trójki, wskazuje na przewagę popytu. Trend wzrostowy jest na tyle silny, że nie martwi nawet jego spadająca dynamika. Oczywiście, od ponad dwóch miesięcy, dość często pojawiają się ostrzeżenia przed możliwym zakończeniem zwyżki, w postaci wstępnych sygnałów sprzedaży na wskaźnikach czy negatywnych
dywergencji. Tyle tylko, że na razie na ostrzeżeniach się kończy. Analizując, jak w ostatnich latach rozpoczynały się większe korekty, dość łatwo można przyjąć założenie, że dwie kolejne zniżki indeksu S&P 500 po około 1 proc., będą otwierać drogę do mocniejszej przeceny. Nie sposób jednak określić, kiedy taka sytuacja mogłaby zaistnieć. Znając życie, spadki pewnie przyjdą w najmniej oczekiwanym momencie.