Klientka, która miała ze mną cztery lata temu program coachingowy, przyjechała do mnie do biura, aby zapytać o poradę. Odkąd skończyła ze mną program nabrała wiatru w żagle i świetnie jej szło, aż do momentu, kiedy przyszedł nowy szef i właśnie od sześciu miesięcy psuło się w jej pracy.
Moja klientka doszła do wniosku, że najwyższy czas, żeby zmienić pracodawcę. Szybko dostała bardzo atrakcyjną ofertę. Pierwsze spotkanie z headhunterem, pierwsze spotkanie z pracodawcą, drugie spotkanie z pracodawcą, trzecie spotkanie wyjazdowe z samym prezesem firmy matki. Wszystko w ciągu dwóch tygodni. Oferta miała być na bank. Już mówiła wszystkim bliskim, że odchodzi. A obiecana umowa o pracę nie przychodziła.
- Dzwonić? Nie dzwonić? Zgłupiałam, co jest grane? - mówi moja klientka. A w obecnej jej firmie coraz bardziej iskrzyło. Szef jej zarzucał, że nie jest skupiona. Wypadek losowy uderzył w plany firmy, zrobiły się dziury w budżecie. Trzeba było wdrożyć program naprawczy. Ona robiła to z sukcesem, choć jeszcze trochę brakowało, żeby wyrównać straty. Przecież miała wrażenie, że robiła wszystko, co należy. A jej szef się denerwował, że nie miała planu B.
Mówiła do mnie:
- Absurd. Przecież to catch 22