Dziennikarze zebrani na konferencji prasowej Głównego Urzędu Statystycznego o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju w 2006 r. usłyszeli całkiem dobrą wiadomość. Oto PKB wzrósł nam w ubiegłym roku o 5,8 proc.
Niewiele chyba osób spodziewało się tak wysokiego wskaźnika. Usłyszawszy o nim już chciałem dzwonić do zaprzyjaźnionych osób, aby być dumnym głosicielem dobrej nowiny.
Ale się powstrzymałem. Prezes GUS Józef Oleński nie zaczął bowiem od najważniejszej, zdaje się, informacji. Rozpoczął od wykładu o "utrwalającej się od transformacji luce pomiędzy potencjałem demograficznym a ekonomicznym Polski". Mówił o "oderwaniu sektora finansowego od sfery realnej".
Zacząłem się zastanawiać, czy takie słowa pierwszego statystyka kraju to efekt jego ubiegłotygodniowego spotkania z premierem Jarosławem Kaczyńskim. Próbowałem sobie odpowiedzieć, czy od tego momentu dane GUS będą instrumentalnie wykorzystywane przez władze - i jak. Rząd często przecież zalicza wzrost gospodarczy do swoich zasług. Gdy prezes skończył konferencję, mówiąc o potrzebie większego optymizmu ze strony mediów, zbaraniałem.
Od tej pory wskaźnik 5,8 proc. nie brzmiał już tak różowo. I nie zadzwoniłem do nikogo, by się nim pochwalić.