Poniedziałkowe odbicie amerykańskiego indeksu S&P 500 od wsparcia w postaci szczytu z 20 lutego pozwoliło wczoraj naszym rodzimym akcjom na wytchnienie po wcześniejszej ostrej przecenie. Na ile odbicie zmieniło sytuację techniczną indeksów?
Zacznijmy od najbardziej "poszkodowanego" w ostatnich tygodniach mWIG40. Na razie wczorajszego wzrostu nie można traktować jako niczego więcej, niż tylko krótkoterminowego odreagowania. Podobne próby odbicia mieliśmy już w trzecim tygodniu lipca. Wówczas skończyło się na trzech lepszych sesjach, po których doszło do kolejnego ataku podaży. Z wyciąganiem bardziej optymistycznych wniosków należałoby poczekać przynajmniej do czasu sforsowania przez mWIG40 strefy oporu w przedziale 5224-5307 pkt.
Ta pierwsza wartość to dołek z 17 lipca, zaś druga - lokalny szczyt z 23 lipca. Przebicie tej bariery byłoby równoznaczne z odrobieniem strat z drugiej fali wyprzedaży. Na razie scenariusz ten jest jednak zbyt odległy, by wiązać z nim już teraz większe nadzieje. Do strefy oporu indeksowi brakuje jeszcze 3,1 proc., zaś do jej przebicia potrzeba by zwyżki o prawie
5 proc.
Zdecydowanie lepiej przedstawia się za to sytuacja techniczna WIG20. W jego przypadku trudno bowiem w ogóle mówić o średnioterminowym trendzie spadkowym (a taka tendencja bez wątpienia charakteryzuje obecnie mWIG40). Wczoraj indeks dużych spółek odbił się od lokalnego dołka z 21 czerwca. Dodatkowo niewiele powyżej znajduje się inne wsparcie - szczyt z 4 maja.