Spotkanie. Mój klient zaczyna opowieść:
- Dziwna sprawa. Dziś rano spieszyłem się na spotkanie. Było to ważne spotkanie z moim podwładnym, który stwarza ostatnio sporo problemów. Mimo że byłem zamyślony, krzyk dziecka oderwał mnie od moich zmartwień. Po drugiej stronie ulicy widziałem, jak jakiś stary mężczyzna niósł na rękach siedmioletnie dziecko, które robiło wszystko, aby tylko się wyrwać. Mężczyzna, który mógł być jego dziadkiem, trzymał je mocno i mimo że milczał, udając spokój i opanowanie, było widać, że jest bliski paniki. Przeszedłem przez ulicę i zauważyłem, że znalazłem się przed bramą szpitala. Zrozumiałem, że dziecko i jego dziadek wyszli akurat ze szpitala. Dziecko krzyczało: "mamo, mamo!". Szedłem za nimi. Stary mężczyzna zatrzymał się obok samochodu. Szukał kluczy. Nie mógł otworzyć drzwi i musiał postawić malca na ziemi. Ten od razu wymknął się spod kontroli dziadka. Dziadek szybko pobiegł za nim, uderzył go w tył głowy grubą ręką i przewrócił na chodnik. Dziecko przewróciło się obok mnie i jeszcze raz z ogromnym cierpieniem zawołało "mamo!", zanim dziadek na siłę wsadził je do samochodu. Uświadomiłem sobie, że właśnie przed chwilą dziecko biegło do mnie, aby szukać pomocy, a ja nic nie zrobiłem. Nie wiedziałem, co mógłbym zrobić. Nawet nie zatrzymałem się, aby się dłużej nad tym zastanowić. Bardzo mnie to poruszyło. Wściekły jestem na siebie, że nie potrafiłem zareagować. Dziecko biegło do mnie, a nie do innych pieszych, którzy tak samo patrzyli na tę scenę zamurowani z przerażenia. To ja miałem pomóc.
- Przynajmniej nie spóźniłeś się na spotkanie.
- Ale czy było warto? Byłem punktualnie na spotkaniu ze swoim podwładnym. Mówiłem ci, że zatrudniłem wybitnego fachowca z konkurencji. Musiałem go przekupić. Facet jest najlepiej opłacanym menedżerem mojego zespołu. Bardzo liczyłem na niego, a teraz jest ciężarem dla mnie. Dużo mu poświęcam czasu, ale to nic nie daje.
- Co zamierzasz zrobić?