Ostatnie tygodnie obfitowały w dni podnoszące poziom adrenaliny u wszystkich osób choć trochę zainteresowanych inwestowaniem. W odpowiedziach na pytania dziennikarzy liczni eksperci uspokajają nastroje, powtarzając mantrę o wzroście gospodarczym, perspektywach, zachowaniu spokoju oraz nieuleganiu emocjom. Nawet minister Zyta Gilowska wspomniała o opłacalności kupowania akcji w długim horyzoncie inwestycyjnym. Szczegółów, jak bardzo długim - nie doprecyzowała. Część inwestorów zapewne przypisze to przyzwyczajeniom związanym z tempem wprowadzania reformy finansów publicznych - "za rok, dwa, trzy - a przede wszystkim w przyszłych kadencjach".
Eksperci i doradcy, nawet ci, którzy nie są związani z instytucjami czerpiącymi zyski z chciwości inwestorów, w zasadzie nie mają możliwości głosić cokolwiek innego niż to, co powiedziała minister. I to nie dlatego, że ktoś im "blokuje antenę" albo należą do "układu" czy "grupy trzymającej giełdę". Mimo namolnych pytań dziennikarzy trudno byłoby znaleźć autorytet, który potwierdziłby już dziś rozpoczęcie bessy i tym samym namawiał do sprzedaży akcji. Wynika to z prostej przyczyny: jej panowanie potwierdza się długo po tym jak już nadeszła, a często dopiero w końcowej fazie spadków. Inwestorzy, którzy czekają na oficjalny sygnał zakończenia hossy i nadejścia czasu niedźwiedzi - mogą jeszcze czekać długo, nawet jeśli wyceny znajdą się znacznie poniżej dzisiejszych.
Należy się pogodzić z tym, że psychika narażona jest na emocje związane z niepewnością, w jakiej fazie cyklu się znajdujemy, a większość decyzji inwestycyjnych podejmowana jest pod wpływem impulsu. Paradoksalnie nawoływanie do niepodejmowania działań pod wpływem strachu wywiera presję, by właśnie takie działania podjąć.
Brak decyzji jest decyzją samą w sobie, a konsekwencje bierności są równie poważne jak działanie. Dotyczy to szczególnie spekulacji na giełdzie, gdzie jedną z podstawowych przestróg wpajanych początkującym adeptom jest zasada "tnij straty póki są niewielkie". Część analityków i doradców neguje stosowanie tej reguły w odniesieniu do inwestujących w fundusze - choć TFI czerpią pełnymi garściami ze spekulacyjnych skłonności swoich klientów.
Część "ekspertów" reżyseruje scenariusz wynikający z innego kanonu - tym razem psychologii inwestowania. Spekulant na starcie, któremu zbyt słaba psychika nie pozwala przyznać się do błędu, łatwo przekształca się w inwestora długoterminowego. Taka decyzja, bierność w obliczu strat, jest uznawana za błąd przez wielu specjalistów od inwestowania. Słabszy psychicznie inwestor często sprzedaje w najgorszym momencie - przy pogłębiających się spadkach, w kolejnym dnie korekty, nierzadko tuż przed zmianą trendu na wzrostowy. Doradzanie bierności może okazać się niedźwiedzią przysługą.