Reklama

Emocje mogą być lepszym doradcą niż eksperci

Brak decyzji jest decyzją samą w sobie, a konsekwencje bierności są równie poważne jak działanie

Publikacja: 04.09.2007 09:39

Ostatnie tygodnie obfitowały w dni podnoszące poziom adrenaliny u wszystkich osób choć trochę zainteresowanych inwestowaniem. W odpowiedziach na pytania dziennikarzy liczni eksperci uspokajają nastroje, powtarzając mantrę o wzroście gospodarczym, perspektywach, zachowaniu spokoju oraz nieuleganiu emocjom. Nawet minister Zyta Gilowska wspomniała o opłacalności kupowania akcji w długim horyzoncie inwestycyjnym. Szczegółów, jak bardzo długim - nie doprecyzowała. Część inwestorów zapewne przypisze to przyzwyczajeniom związanym z tempem wprowadzania reformy finansów publicznych - "za rok, dwa, trzy - a przede wszystkim w przyszłych kadencjach".

Eksperci i doradcy, nawet ci, którzy nie są związani z instytucjami czerpiącymi zyski z chciwości inwestorów, w zasadzie nie mają możliwości głosić cokolwiek innego niż to, co powiedziała minister. I to nie dlatego, że ktoś im "blokuje antenę" albo należą do "układu" czy "grupy trzymającej giełdę". Mimo namolnych pytań dziennikarzy trudno byłoby znaleźć autorytet, który potwierdziłby już dziś rozpoczęcie bessy i tym samym namawiał do sprzedaży akcji. Wynika to z prostej przyczyny: jej panowanie potwierdza się długo po tym jak już nadeszła, a często dopiero w końcowej fazie spadków. Inwestorzy, którzy czekają na oficjalny sygnał zakończenia hossy i nadejścia czasu niedźwiedzi - mogą jeszcze czekać długo, nawet jeśli wyceny znajdą się znacznie poniżej dzisiejszych.

Należy się pogodzić z tym, że psychika narażona jest na emocje związane z niepewnością, w jakiej fazie cyklu się znajdujemy, a większość decyzji inwestycyjnych podejmowana jest pod wpływem impulsu. Paradoksalnie nawoływanie do niepodejmowania działań pod wpływem strachu wywiera presję, by właśnie takie działania podjąć.

Brak decyzji jest decyzją samą w sobie, a konsekwencje bierności są równie poważne jak działanie. Dotyczy to szczególnie spekulacji na giełdzie, gdzie jedną z podstawowych przestróg wpajanych początkującym adeptom jest zasada "tnij straty póki są niewielkie". Część analityków i doradców neguje stosowanie tej reguły w odniesieniu do inwestujących w fundusze - choć TFI czerpią pełnymi garściami ze spekulacyjnych skłonności swoich klientów.

Część "ekspertów" reżyseruje scenariusz wynikający z innego kanonu - tym razem psychologii inwestowania. Spekulant na starcie, któremu zbyt słaba psychika nie pozwala przyznać się do błędu, łatwo przekształca się w inwestora długoterminowego. Taka decyzja, bierność w obliczu strat, jest uznawana za błąd przez wielu specjalistów od inwestowania. Słabszy psychicznie inwestor często sprzedaje w najgorszym momencie - przy pogłębiających się spadkach, w kolejnym dnie korekty, nierzadko tuż przed zmianą trendu na wzrostowy. Doradzanie bierności może okazać się niedźwiedzią przysługą.

Reklama
Reklama

Zmniejszenie ekspozycji na ryzyko - czyli sprzedaż akcji lub umorzenie jednostek w trakcie spadków niekoniecznie związane są z emocjami, choć eksperci i doradcy często to implikują w swoich wypowiedziach. Może być przejawem chłodnej kalkulacji i analizy, szczególnie jeśli inwestycje zostały zainicjowane z pełną świadomością ich spekulacyjnej istoty. Przy czym charakter zaangażowania na rynku można sobie uświadomić nawet długo po kupieniu instrumentów finansowych. W niektórych przypadkach może być uznane nawet za dowód osiągnięcia dojrzałości przez inwestora, potrafiącego zmieniać strategię w zależności od uwarunkowań.

Mimo wysiłków wielu komentatorów, którzy chcieliby, by utożsamiano umorzenie jednostek z pochopnością, w rzeczywistości szybkość podjęcia decyzji i odpowiednie zgranie się z rynkowym tłumem może się okazać znacznie bardziej korzystne niż przepoczwarzenie się z okrytego złą sławą spekulanta w inwestora długoterminowego. Z całą pewnością nie jest to korzystne dla funduszu, w którym umarza jednostki - ten musi za wszelką cenę odwodzić swoich klientów od wycofywania wkładów, co wpływa na obiektywność wielu komentarzy i analiz.Większość przetrzymanych portfeli akcji prędzej czy później odrobi straty. Dzięki lansowaniu długiego terminu inwestycji eksperci i doradcy zachowają pełnię autorytetu - nawet jeśli nie precyzują, że "długoterminowo", może oznaczać wiele lat aż do nominalnego odrobienia strat lub kilkanaście, zanim stopa zwrotu z portfela akcji przewyższy tę z bezpiecznych obligacji. Ten szczegół jest rzadko przedstawiany przez "specjalistów" goszczących na łamach prasy i zapraszanych do studiów telewizyjnych.

Inwestorzy amerykańscy, którzy posiadając portfele akcji postanowili przeczekać spadki sprzed siedmiu lat, do dziś nie uzyskali wyższej stopy zwrotu niż z inwestycji w obligacje. Ci, którzy postanowili przetrzymać pęknięcie bańki internetowej, musieli mieć sporo szczęścia, by do dziś odzyskać nominalną wartość swoich aktywów, podczas gdy wielu z inwestujących w obligacje emitowane przez rząd USA mogło pochwalić się nawet podwojeniem ich dolarowej wartości. Zapewne większość z nich nie tak interpretowała długoterminowość horyzontu inwestycyjnego, który mieli na myśli amerykańscy "eksperci" namawiający w 2000 roku do przeczekania okresu spadków.

Oczywiście, porównywanie stóp zwrotu z inwestycji w kraju o stabilnym wzroście, jakim są Stany Zjednoczone, z dynamicznie rozwijającą się Polską może nasuwać wiele wątpliwości. Bardziej na miejscu jest porównanie do tygrysów ekonomicznych sprzed lat - państw, które mogły pochwalić się podobnymi perspektywami rozwoju i przyrostem PKB, jak dzisiaj Polska.

W tym kontekście niezbyt trafnie doradzali koreańscy optymiści, zalecający zachowanie spokoju swoim rodakom w 1987 roku. Koreańczycy inwestujący w akcje notowane na giełdzie w Seulu musieli czekać długie lata (ponad 15) na pełne odrobienie strat po kryzysie azjatyckim. Tymczasem inwestorzy, którzy w owym czasie inwestowali w bezpieczne obligacje, kilkakrotnie pomnożyli kapitał.

Panuje poniekąd słuszne przekonanie, że wygranie z rynkiem jest niemożliwe lub przynajmniej mało prawdopodobne i niezwykle trudne. Równie mało prawdopodobne jest to, aby za kilka lat wypowiedzi dzisiejszych ekspertów stały się przedmiotem badania "bańkowej" komisji śledczej lub by jakiś poseł wykrzykiwał z mównicy sejmowej, że "ten doradca musi odejść". Bez tego pamięć o ich dzisiejszych opiniach zniknie razem ze zmianami warunków ekonomicznych i wschodem kolejnych rynkowych guru lub narodzinami nowych trendów. Inwestorzy powinni mieć świadomość, że ich zyski mogą przejść do historii równie szybko, jak opinie doradców, których słuchają.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama