Komisja Europejska nie chce zamknięcia Stoczni Gdańsk, ale konieczne jest ograniczenie produkcji - powiedział podczas wtorkowej debaty w Parlamencie Europejskim w Strasburgu komisarz UE ds. rynku wewnętrznego Charlie McCreevy. Komisarz tłumaczył, że firma, mimo otrzymanej pomocy publicznej, przez lata nie dokonała restrukturyzacji.
Podobną opinię wyraziła wczoraj unijna komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes. Jej zdaniem, z ograniczeniem produkcji statków przez gdański zakład nie można czekać np. do 2014 roku. Bruksela domaga się, aby Stocznia zamknęła dwie z trzech działających pochylni. Pojawiają się jednak opinie, że taka redukcja mocy nie pozwoliłaby zakładowi na osiąganie rentowności. Zdaniem Ministerstwa Gospodarki, potrzebne są dwie działające pochylnie. Jeśli ta sprawa nie zostanie z KE uzgodniona, to Stoczni grozi zwrot pomocy publicznej udzielonej jej po wstąpieniu Polski do UE. Kwota, którą należałoby oddać, jest szacowana na około 100 mln złotych.
Robotnikom puszczają nerwy
Związkowcy ze stoczniowej Solidarności pod koniec sierpnia pikietowali w tej sprawie przed siedzibą Komisji Europejskiej w Brukseli. Ich zdaniem, wszystkie środki wydane na pomoc Stoczni Gdańsk "zostały użyte do usunięcia błędów popełnionych w przeszłości przez osoby zarządzające zarówno ze strony władz kraju, jak i zarządów firm". A zwrot tych kwot najprawdopodobniej wiązałby się z upadłością zakładu. Również polscy eurodeputowani ze wszystkich frakcji politycznych zgodnie apelowali podczas wczorajszej debaty o złagodzenie żądań ograniczenia produkcji, gdyż może to doprowadzić do zwolnień w tym symbolicznym zakładzie - kolebce Solidarności. Przekonywali, że stocznia staje na nogi i należy dać jej dodatkowy czas na restrukturyzację.
Sentymentów nie będzie