Wczoraj Sejm rozpoczął posiedzenie, które może być już ostatnim w tej kadencji. Chociaż wcześniej planowano, że głosowanie nad samorozwiązaniem Izby odbędzie się jutro, to wczoraj tuż po rozpoczęciu obrad sprawa ta stanęła pod znakiem zapytania.
Przewodniczący Ligi Polskich Rodzin Roman Giertych zaczął domagać się przeprowadzenia głosowania nad odwołaniem marszałka sejmu Ludwika Dorna. Przypomniał, że Liga zgłosiła do Trybunału Konstytucyjnego punkt regulaminu Sejmu, który pozwala marszałkowi przez pół roku nie poddawać pod głosowanie wniosku o jego odwołanie.
Z kolei Ludwik Dorn poinformował, że skierował list do szefów klubów PO, Samoobrony, SLD oraz koła Prawicy Rzeczypospolitej, w którym zaapelował o "niepoddawanie się szantażowi obstrukcyjnemu" stosowanemu - według niego - przez LPR i jej szefa Romana Giertycha.
LPR od rozpoczęcia wczorajszych obrad wnioskowała o kolejne przerwy. W efekcie kłótni, do której doszło w Sejmie, Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska stwierdziły, że chcą głosować nad samorozwiązaniem Izby w każdej chwili.
Jednak te dwa ugrupowania nie mają kwalifikowanej większości - dwóch trzecich głosów - które wymagane są, aby Sejm mógł skrócić swoją kadencję. Potrzebują zatem poparcia Sojuszu Lewicy Demokratycznej (zwłaszcza że LPR, LiD czy Samoobrona w sondażach są na granicy progu wyborczego i sprzeciwiają się wcześniejszym wyborom). Tymczasem podczas konwentu seniorów okazało się, że zagłosuje za samorozwiązaniem Sejmu, ale tylko pod warunkiem, że głosowanie odbędzie się jutro.