Giełdowi inwestorzy nie lubią misiów, czyli niedźwiedzi, które są symbolami bessy. Oczywiście z jednym wyjątkiem - tych posiadających krótkie pozycje na rynku instrumentów pochodnych.
"MiŚ" jest też wdzięczną nazwą segmentu małych i średnich spółek. Ten skrót (uproszczony do zwykłego "misia") jest zresztą używany w nazwach funduszy inwestycyjnych koncentrujących się na lokowaniu środków klientów właśnie w takich spółkach.
Popularne "misie" były gorącym tematem inwestycyjnym pierwszego półrocza. Przynosiły kokosy i rozpalały wyobraźnię nowych, niedoświadczonych uczestników funduszy. Nie było żadnego problemu z zebraniem ponad miliarda złotych w czasie trwającej zaledwie kilka dni subskrypcji powstającego funduszu. Tymczasem w lipcu, według Analiz Online, w aż sześciu tego typu funduszach przeważyły umorzenia nad wpłatami. Zapewne chodzi głównie o drugą połowę lipca, gdy na giełdzie zaczęło dziać się źle. W sierpniu raczej trudno spodziewać się lepszego wyniku. Czy to już koniec kariery "misiów", czy tylko przejściowe problemy?
U podstaw doskonałych wyników za 2006 rok funduszy lokujących w małych i średnich spółkach legły twarde realia ekonomiczne. Po ostrych zwyżkach cen blue chips akcje największych giełdowych firm stały się relatywnie drogie w stosunku do walorów pozostałych emitentów. Zauważyli to analitycy i zarządzający niektórych TFI i coraz śmielej inwestowali w mniejsze firmy. Było to działanie jak najbardziej racjonalne, szczególnie jeśli zważymy na dobre perspektywy naszej gospodarki. W czasie boomu gospodarczego i hossy na giełdzie segment małych i średnich spółek zazwyczaj przynosi wyższe stopy zwrotu niż giełdowe tuzy. Ma to swoje przyczyny w większym potencjale mniejszych firm. Szybki rozwój gospodarczy pozwala tym spółkom bardziej dynamicznie niż duże firmy poprawiać wyniki finansowe. Zaletą "maluchów" jest niższa baza, z której startują. Poza tym na giełdzie notuje się tak dużo "misiów", że analitycy nie są w stanie szybko odnaleźć w tej grupie prawdziwych perełek, dających szansę na nadzwyczajne stopy zwrotu. A znalezienie trzech-czterech takich rarytasów pozwala już na dużą przewagę konkurencyjną w stosunku do innych funduszy, które oparły się jedynie na dużych, dobrze znanych i przeanalizowanych giełdowych emitentach.
Z kolei w czasach dekoniunktury gospodarczej blue chips z reguły radzą sobie lepiej niż małe i średnie spółki. Zakumulowane wcześniej kapitały pozwalają przetrwać trudne czasy. A i duży udział w portfelu zamówień partnerów gospodarczych umożliwia twarde stanowisko negocjacyjne przy podpisywaniu kontraktów. Tych zalet nie mają małe i średnie spółki.