Jako potencjalny inwestor (którym nie jestem, ale którym mógłbym być, gdybym nie pisał w "Parkiecie" i mógł swobodnie handlować akcjami) trochę się dziwię, słysząc, jak Alan Greenspan mówi, że oto możemy się znajdować u progu poważnego załamania na giełdach.

A oto dlaczego się dziwię. Są ku temu co najmniej dwa powody. Pierwszy jest taki, że przecież Greenspan chyba jeszcze nie zapomniał, jak wiele jego słowa znaczyły dla rynków finansowych. Wprawdzie już minęło trochę czasu, odkąd opuścił fotel szefa Fedu, ale przecież każdy inwestor wciąż wsłuchuje się w jego głos. Strach pomyśleć, co może się stać, jeśli każdy z nich weźmie przestrogi Greenspana do serca i postanowi zrealizować zyski, które do tej pory nagromadził.

A drugi powód jest taki, że ten cały kryzys kredytowy i obecna trudna sytuacja na rynkach nie jest niczym innym, tylko - z czym zgadza się coraz więcej ekspertów - dziełem samego Greenspana i spółki. To przecież przez decyzje Fedu kredyt stał się rekordowo tani, co uruchomiło do działania różnej maści spekulantów i rozgrzało rynek nieruchomości, który teraz przechodzi tak bolesne ochłodzenie. Ale jeśli teraz Greenspan swoimi komentarzami doprowadzi do zupełnej katastrofy na rynkach, nawet ta część ekspertów, która wciąż jeszcze chwali jego politykę, może się zupełnie od "Maestro" odwrócić.

Choć w tym wszystkim może być też drugie dno. Jeśli wkrótce faktycznie nadejdzie bessa, to marka Greenspana jeszcze zyska, bo przecież to on jako pierwszy z wielkich postaci finansów dostrzegł jej zwiastuny.