Problem z ujednoliceniem sposobu podawania informacji na temat wyników sprzedaży pośredników kredytowych ma szerszy kontekst. Jesteśmy w fazie boomu gospodarczego. To, że gospodarka rośnie - zwiększa się konsumpcja, w górę idą inwestycje - widać gołym okiem nawet bez żmudnego analizowania danych makroekonomicznych. Wystarczy wyjść na ulicę. Z pozoru to wymarzona sytuacja dla każdej firmy. Wydaje się, że popyt to ostatnia rzecz, o jaką trzeba się martwić.

Ale rynek - i dotyczy to nie tylko kredytów, przykłady można mnożyć - rozwija się w błyskawicznym tempie. Są tacy, którym udaje się rosnąć nawet szybciej. Niestety, są i tacy, którzy mają z tym kłopot. Co wtedy? Można przyznać się do słabszej formy. Ale można też tak żonglować danymi, by wyglądało na to, że nadal jest świetnie.

Szczególnie łatwo o to wówczas, gdy dany segment gospodarki nie wypracował metody na podawanie danych.

Oczywiście, nie chodzi o to, że każda branża powinna być regulowana. Każda natomiast powinna być w stanie uregulować się sama. Przynajmniej w tym najbardziej podstawowym zakresie.

Gdy takiej samoregulacji nie ma (a tak jest - powtórzmy raz jeszcze - w bardzo wielu przypadkach), do informacji wypływających z firm i niedających się zweryfikować należy podchodzić z dużą rezerwą. To prawda stara jak świat. Ale gracze giełdowi powinni być na nią szczególnie wyczuleni. Bo dotyczy ona przecież nie tylko firm niepublicznych.