W sobotę nie odbyły się planowane w Sejmie głosowania nad wotami nieufności dla 15 ministrów. Zgłoszone przez PO wnioski miały być rozpatrywane przez posłów, mimo że w piątek wieczorem doszło do samorozwiązania Sejmu.
Marszałek Ludwik Dorn tuż po głosowaniu nad zakończeniem kadencji parlamentu ogłosił, że na wniosek premiera prezydent odwołał niemal wszystkich ministrów. Chodziło o te osoby, nad których usunięciem z rządu miał głosować Sejm. Tym samym rozpatrywanie wniosków z uwagami wobec 15 szefów resortów stało się bezprzedmiotowe.
Jednak już na drugi dzień okazało się, że na stanowiska wracają minister transportu Jerzy Polaczek oraz krytykowana przez opozycję szefowa resortu spraw zagranicznych Anna Fotyga. Premier Jarosław Kaczyński zapowiedział, że również inne odwołane w piątek z rządu osoby będą po kolei wracać na swoje stanowiska.
Tymczasem opozycja i część prawników twierdzą, że prezydent, powołując na wniosek premiera tych samych ministrów, których w piątek odwołał, dopuszcza do łamania konstytucji. Działania polegające na odwoływaniu i przywracaniu ministrów zostały nazwane przez liderów opozycji "konstytucyjnymi sztuczkami".
Nie wiadomo na razie, czy Platforma Obywatelska i inne partie opozycyjne będą dążyły do tego, aby pociągnąć prezydenta i premiera do odpowiedzialności za wspomniane "sztuczki". Za zarzuty, jakie stawia PO, rządzący odpowiadaliby przed Trybunałem Stanu. Jednak do tego, aby sprawa nabrała biegu, potrzebne byłoby poparcie Sejmu. Tymczasem PiS ma w nim mocną pozycję.