Największy na świecie eksporter ropy naftowej, Arabia Saudyjska, odgrywa wiodącą rolę w OPEC i na wczorajszym spotkaniu ministrów tej organizacji w Wiedniu próbowała przeforsować decyzję o zwiększeniu limitów wydobycia. Chciała w ten sposób powstrzymać wzrost cen ropy, o co szczególnie zabiegały Stany Zjednoczone, które wciąż zużywają najwięcej tego surowca, a saudyjska monarchia uchodzi za najwierniejszego w tym regionie sojusznika Waszyngtonu. Najpierw mówiło się, że wydobycie będzie zwiększone o 500 tys. baryłek dziennie, po południu, że o milion baryłek. W końcu przeszła ta pierwsza wersja, ale zapewne nie zrobi to wrażenia na uczestnikach rynku paliwowego, bo OPEC i tak o 900 tys. baryłek dziennie przekraczał w sierpniu ustalone w zeszłym roku kwoty wydobycia.
Sprzeciw spoza Zatoki
Decyzje na forum OPEC podejmowane są jednogłośnie, a na podniesienie kwot wydobycia długo nie chcieli się zgodzić przedstawiciele Algierii, Wenezueli i Libii. Algierski minister ds. ropy Chakib Khelil mówił dziennikarzom przed rozpoczęciem obrad, że jego kraj nie poprze propozycji zwiększenia wydobycia, bo nie ma wystarczających powodów, które uzasadniałyby zwiększenie podaży na światowym rynku.
Ceny wysokie, ale dolar słaby
Przeciwnicy podniesienia kwot wydobycia obowiązujacych w OPEC twierdzą też, że ropa jest droga przede wszystkim dlatego, że daleko niewystarczające są moce przetwórcze rafinerii w krajach uprzemysłowionych. Zwracają też uwagę, że odbiorcy ropy w Europie czy Japonii wcale nie płacą za nią tak dużo, bo korzystają przecież z niskiego kursu dolara. Nawet w USA, po uwzględnieniu spadku siły nabywczej tamtejszej waluty, w której rozliczane są transakcje naftowe, cena baryłki jest teraz o jedną piątą niższa niż w czasie kryzysu z 1980 r., wywołanego islamską rewolucją w Iranie.