Od 1785 roku dolar jest oficjalną jednostką pieniężną Stanów Zjednoczonych. Gdy sto lat temu amerykańska gospodarka stała się największą na świecie, dolar stopniowo przejął od brytyjskiego funta rolę głównego punktu odniesienia dla międzynarodowych rynków finansowych. Stał się walutą światową. Od Chile po Finlandię, od Japonii po RPA, dziesiątki banków ściśle związało z dolarem swoją walutę, by w ten sposób zyskać dla niej zaufanie inwestorów. W dolarach rozliczana jest zdecydowana większość międzynarodowych transakcji. W dolarach ustalane są światowe ceny strategicznych surowców, w tym ropy naftowej i gazu ziemnego, i zawierane są kontrakty. Prawie wszystkie banki centralne, chcąc bezpiecznie lokować swoje oszczędności, wciąż najchętniej zamieniają je właśnie na dolary. Znakomita większość wszelkiego rodzaju międzynarodowych zobowiązań także rozliczana jest w dolarach.
Największy dłużnik świata
Przy tak powszechnym zapotrzebowaniu na dolary każda ilość zielonych emitowanych przez Rezerwę Federalną niemal na pniu była kupowana przez zagranicznych inwestorów. W ten sposób w coraz większym stopniu finansowali oni te wydatki państwa, na które nie było pokrycia wpływami z podatków. Dzięki temu Amerykanie mogli też utrzymać rosnący import towarów i usług z Azji i Europy. W rezultacie Stany Zjednoczone w ciągu jednego pokolenia z największego wierzyciela świata stały się jego największym dłużnikiem.
Nic więc dziwnego, że wartość tego międzynarodowego pieniądza i jego pozycja rynkowa mają duże znaczenie nie tylko dla wielu krajów, a praktycznie dla gospodarki całego świata, ale przede wszystkim dla samych USA. Wciąż ponad 65 proc. rezerw dewizowych banki centralne trzymają w dolarach. Najwięcej ulokowały w nich Chiny i Japonia, ale także Rosja. Łączna wartość rezerw dolarowych przekracza 4 bln USD. Bez trudu można sobie wyobrazić taką oto sytuację, że któregoś dnia w Pekinie czy Tokio postanowiono zamienić te oszczędności na euro czy jeny. Kurs dolara poszybowałby ostro w dół, a ceny kredytów w Stanach Zjednoczonych natychmiast poszłyby w górę. Miliony Amerykanów, nie mogąc spłacić tak drogich kredytów, znalazłoby się na skraju bankructwa. Straszne mogą być skutki tak wielkiego uzależnienia od wierzycieli.
Stopniowe odchodzenie