Po zeszłotygodniowym przyhamowaniu trwających od 22 sierpnia wzrostów cen baryłki ropy, wczorajszy dzień dał pełny obraz reakcji rynku na podwyżkę stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Notowania Crude Oil w USA sięgnęły po ogłoszeniu decyzji Fed poziomu 82,38 dolarów - najwyższego od chwili wprowadzenia tego kontraktu w 1983 roku. Podobnie sytuacja wygląda w Europie - po dołku spowodowanym załamaniem się rynków finansowych pod wpływem kryzysu kredytów hipotecznych i powiązanych z nimi instrumentów ceny baryłki ropy Brent przebiły poziom 78 dolarów, zbliżając się do magicznej granicy 80 dolarów za baryłkę. Większą presję cenową rynek naftowy odczuwa obecnie ze strony rosnącego popytu niż ze strony pogody, choć sezon huraganów jeszcze się nie zakończył. Z technicznego punktu widzenia cena ropy gatunku Brent nie powinna przebić historycznego szczytu (78,64 USD), ale rosnący popyt ze strony największych kompanii chcących zbudować zapasy przed zimą (praktycznie nikt nie wierzy w powtórzenie scenariusza z zeszłego roku - łagodnej zimy i niskiego popytu) sprawia, że coraz bardziej oddalamy się od "taniej ropy". Jednocześnie pojawiają się komentarze o kolejnym ograniczaniu produkcji przez kraje OPEC - zwłaszcza te z rejonu Zatoki Perskiej, co w połączeniu z wenezuelskimi "reformami" dolewa przysłowiowej oliwy do ognia. Producenci najwyraźniej obawiają się recesji w amerykańskiej gospodarce (która obniżyłaby ceny surowca), więc zawczasu starają się dopasować podaż do oczekiwanego mniejszego popytu. Niestety, działania te mogą okazać się paradoksalnie czynnikiem przyczyniającym się do spowolnienia gospodarki.
PARKIET