Ważą się losy Stoczni Gdańskiej. Symbolu, gdzie symbolicznie miał miejsce początek końca komunizmu. Miejsca, gdzie powstała Solidarność, gdzie rozpoczął się demontaż gospodarki centralnie planowanej i gdzie położono zręby polskiej gospodarki rynkowej. To nic, że protestujący w sierpniu 1980 roku robotnicy niczego takiego nie zapisali w swoich postulatach. To nawet nieważne, że większość zgłoszonych wówczas żądań o charakterze ekonomicznym było odwołaniem się do zasad panujących w socjalizmie, a obecnie brzmi absurdalnie (np. żądanie powszechnego obniżenia wieku emerytalnego, ograniczenia eksportu, urzędowej indeksacji płac, walki z cenami "komercyjnymi"). To były dodatki, z natury rzeczy dość naiwne, do kluczowych postulatów wolności zrzeszania się i wolności słowa, które wiodły prosto w stronę demokracji i wolnego rynku.
Dzisiaj ta sama Stocznia Gdańska stała się polem walki znacznie smutniejszej, mniej porywającej, bardziej przyziemnej. Komisja Europejska bada skalę pomocy publicznej udzielonej stoczni przez polski rząd i formułuje żądania ograniczenia zdolności produkcyjnych po to, by zrekompensować ewentualne straty rynkowym konkurentom. To są zasady Unii: w wyjątkowych sytuacjach przeżywająca kłopoty firma może poprosić rząd o pomoc, a rząd po uzyskaniu zgody Komisji może takiej pomocy udzielić. Celem jest wsparcie firmy i przeprowadzenie procesu naprawczego. Ale konkurenci, którzy pomocy nie uzyskali, są automatycznie w gorszej sytuacji (zamiast publicznej, bezzwrotnej pomocy, musieli zaciągać - a teraz muszą spłacać kredyty). Zasadą jest więc to, że firma, która uzyskała pomoc, musi na jakiś czas zgodzić się na dobrowolne ograniczenie swojej produkcji, aby nie wykorzystywać uzyskanej w ten sposób przewagi. Dziś tego właśnie żąda od Stoczni Gdańskiej Komisja, w przeciwnym razie nakazując zwrot całej uzyskanej pomocy - a w ślad za tym być może bankructwo.
Tyle teoria, praktyka jest inna. Słusznie lub nie, rządy większości krajów unijnych wspierają przedsiębiorstwa, którym grozi upadek. Następnie jednak odbywa się walka o to, aby ograniczenia zdolności produkcyjnych były jak najmniejsze. Tak robili w stosunku do swoich stoczni Niemcy czy Hiszpanie, tak usiłujemy postępować i my. Normalna gra.
Przypadek Stoczni Gdańskiej jest jednak szczególny z kilku powodów. Po pierwsze, rzadko decyzje ekonomiczne podejmuje się w odniesieniu nie do normalnej firmy, choćby posiadającej najlepsze tradycje - ale do żywego pomnika, który przypadkiem pełni również funkcje gospodarcze. Zdaje sobie z tego sprawę nasz rząd, ale zdaje sobie z tego również sprawę Komisja.
Po drugie, decyzje dotyczą firmy z nowego kraju członkowskiego, kończącego dopiero trudny okres transformacji gospodarczej. Pomocy udzielono stoczni kilka lat temu, w innych warunkach, przy braku sprawnego aparatu urzędniczego, który potrafiłby wymusić jej właściwe wykorzystanie i dostarczyć odpowiednio mocnego uzasadnienia całej operacji. To stawia Stocznię Gdańską w trudniejszej sytuacji niż np. silnie subsydiowane przez państwo - ale w bardziej umiejętny sposób - stocznie niemieckie.