Każda godzina strajku w General Motors oznacza niewyprodukowanie przez koncern 760 samochodów. Jeśli strajk potrwa dłużej niż dwa tygodnie, straty mogą pójść w miliardy dolarów.
W poniedziałek od pracy w amerykańskich fabrykach GM odstąpiło ponad 73 tysiące zatrudnionych. Powodem protestu jest brak porozumienia w toczących się od miesięcy negocjacjach między związkiem zawodowym United Auto Workers (UAW) a GM w sprawie zobowiązań firmy z tytułu opieki zdrowotnej, przekraczających 50 mld USD. Ugoda w tej sprawie jest kluczowa dla przyszłości koncernu z Detroit, który próbuje przywrócić rentowność operacjom na swoim macierzystym rynku.
Strajk trwający tydzień lub dwa nie powinien mieć wpływu na sytuację finansową koncernu. Firma nagromadziła 950 tys. samochodów do sprzedaży, więc przymusowa przerwa będzie dla niej nawet korzystna, bo pomoże rozładować korek w magazynach (obecne zapasy starczyłyby na ponad dwa miesiące sprzedaży). Jednak, jak twierdzą analitycy banku inwestycyjnego Lehman Brothers, jeśli strajk się przedłuży, firma może stracić w pierwszym miesiącu aż 8,1 mld USD i 7,2 mld USD w kolejnym.
Protest objął około 80 zakładów GM w Stanach Zjednoczonych. W wyniku reakcji łańcuchowej szybko może jednak przenieść się na inne kraje. Już po pierwszych trzech dniach mogą pojawić się problemy ze składaniem aut w Kanadzie, bo będzie brakować dostarczanych z fabryk GM w Stanach silników i skrzyń biegów.
Mimo decyzji o strajku, przedstawiciele UAW mieli wczoraj kontynuować rozmowy z koncernem - do czego wezwał obie strony nawet Biały Dom. Byłby to 22. dzień negocjacji z rzędu. GM, tak jak pozostałe dwa wielkie amerykańskie koncerny samochodowe, Ford i Chrysler, poprzez negocjowanie porozumień pracowniczych próbuje zrzucić z siebie choć część kosztów, uniemożliwiających skuteczną konkurencję z producentami z Azji.