Prywatyzacja nie należy do rzeczy, które dobrze wychodzą ukraińskim władzom. Walentyna Semeniuk, szefowa Funduszu Majątku Państwowego (FDM), tamtejszego odpowiednika ministerstwa skarbu, chce zabrać miliarderowi Igorowi Kołomojskiemu 25-proc. pakiety udziałów w dwóch kombinatach górniczych.
Polityczne gierki
W grę wchodzi częściowa renacjonalizacja Magranickiego GOK i Ordżonikidzewskiego GOK, który obecnie kontroluje grupa Priwat, należąca do Kołomojskiego. Udziały obu spółek zostały sprzedane przez giełdę w 2001 r. Semeniuk chce, aby majątek wrócił w ręce państwa, i skierowała odpowiedni wniosek do prokuratury. Ta na razie nie zareagowała na pismo z FDM. Zdaniem ekspertów, szanse na odzyskanie udziałów kombinatów są marne, a cała sprawa ma podłoże polityczne. Kołomojski należy do zwolenników prawicowej Julii Tymoszenko, zaś szefowa Semeniuk popiera socjalistów.
Wczoraj również zapadł wyrok sądu apelacyjnego w sprawie sprzedaży Ługańsktiepłowozu - najgłośniejszego tegorocznego skandalu prywatyzacyjnego u naszych wschodnich sąsiadów. Kijowska Temida unieważniła przetarg na wiodącego w kraju producenta lokomotyw. W marcu FDM sprzedał spółkę rosyjskiemu koncernowi Transmaszholding za 59,9 mln USD. Szacunki wskazywały, że za firmę państwo uzyska 400 mln USD.
Kuleje również prywatyzacja energetyki. Prezydent Wiktor Juszczenko wstrzymał wprowadzenie na giełdę 25 proc. udziałów sześciu regionalnych firm dystrybucyjnych. Na razie spółki są pod kontrolą holdingu NAK Energeticzeskaja Kompanija Ukrainy. Zgodnie z planem, koncern miał przekazać udziały energetycznych przedsiębiorstw, wycenianych na blisko 550 mln dolarów, w ręce FDM, a ten z kolei miał w tym miesiącu sprzedać je na giełdzie. Jednak przywódca kraju uważa, że taki schemat prywatyzacji jest niezgodny z prawem. Sprawą ma się zająć tamtejszy Trybunał Konstytucyjny, co oddali perspektywę sprzedaży.