Ostatnie dane dotyczące rynku nieruchomości w Polsce, które przekazał Główny Urząd Statystyczny, mogą cieszyć. Mieszkaniówka się rozpędziła. W ubiegłym miesiącu oddano do użytku 11 279 mieszkań i domów. To o ponad 4 proc. więcej niż w lipcu i aż o prawie 33 proc. więcej niż przed rokiem. Co prawda ponad połowę z nowych domów wybudowali w trybie indywidualnym prywatni inwestorzy, ale najszybsze tempo obserwujemy u deweloperów. Wzrost liczby mieszkań oddanych przez nich w ciągu roku wyniósł ponad 70 proc. To rzeczywiście dużo, ale... Łatwo osiągnąć taki poziom, kiedy startuje się z niskiego pułapu. Nie narzekajmy jednak, tylko cieszmy się z tego, co jest. Chociaż radość ta nie może być pełna. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na ceny mieszkań i domów. Co prawda nie rosną już one w tak galopującym tempie jak jeszcze kilkanaście miesięcy temu (a bywa nawet, że o kilka procent spadają), ale i tak ich poziom jest absurdalny, kiedy porówna się go do średniej płacy.
Problemy mieszkaniowe pojawiły się jednak także gdzie indziej. Nawet w bogatej Ameryce, o której ostatnio - w połączeniu z rynkiem nieruchomości - pisze się bardzo dużo. Firmom obsługującym za oceanem kredyty hipoteczne, zobowiązanym do pilnowania, żeby Amerykanie wywiązywali się ze spłat, przypada decydująca rola w zapowiedzianej przez prezydenta Busha strategii wobec narastającej fali przejmowania nieruchomości kupionych za słabo zabezpieczone kredyty hipoteczne. Analitycy rynku oceniają, że zaległości spłat dotyczą 6 milionów kredytów o wartości ponad biliona dolarów. W najbliższych 18 miesiącach wiele z nich zostanie objętych wyższym oprocentowaniem, co sprawi, że domy ponad 2,5 mln Amerykanów mogą zostać przejęte przez wierzycieli. - To tak, jakby się było w Nowym Orleanie miesiąc przed Katriną ze świadomością, że nadchodzi - twierdził na łamach jednej z gazet Guy Cecala z Inside Mortgage Finance.
Czy za jakiś czas czeka nas podobny scenariusz? Jedni uspokajają, że nasz rynek jest odmienny od amerykańskiego (tam większość słabo zabezpieczonych kredytów hipotecznych nie jest już obecnie w gestii banków, objętych nadzorem federalnym) i kredyty są lepiej zabezpieczone. Drudzy po części to potwierdzają, mówiąc, że i owszem, fundamenty instytucji finansowych - w momencie załamania się spłat kredytów hipotecznych - nie zadrżą w posadach, ale ci, których pewnego dnia nie będzie stać na oddanie bankom pieniędzy, wylądują na ulicy. Czy jest jakieś rozwiązanie tej sytuacji? Pewnie tylko jedno - nie psuć gospodarki. Bo dopóki ta jakoś sunie do przodu, minimum bezpieczeństwa na rynku domów i mieszkań jest zachowane. Jeśli jednak jacyś mądrale zaczną majstrować w mechanizmach, o których nie mają zielonego pojęcia, może nie być wesoło.
Tomasz Miarecki