Wczoraj na warszawskiej giełdzie zadebiutował Bank UniCredit - drugi co do wielkości bank w strefie euro. Kurs odniesienia ustalono na 20,25 zł. Tymczasem na początku sesji notowania UCI poszybowały w górę o ponad 50 proc., na chwilę przekraczając poziom 30 zł. Już po kilku minutach ceny wróciły do "normalnego" poziomu. Na zamknięciu za walory UCI płacono 20,1 zł. - Dzięki wystrzałowi kursu na początku notowań UniCredit na kilka minut stał się największym bankiem w Europie pod względem kapitalizacji - zażartował Marek Juraś, analityk Domu Maklerskiego BZ WBK.
Jednak ani analitycy, ani zarządzający funduszami nie widzą racjonalnego wytłumaczenia dla tego nagłego wzrostu cen akcji włoskiego banku. Juraś tłumaczy, że mógł to być efekt aktywności indywidualnych inwestorów. - Rynek jest teraz dość chwiejny, a koniec roku to nie najlepszy moment na debiut - powiedziała Marta Czajkowska z KBC Securities. Teraz podstawową kwestią jest to, czy w handel włączą się m.in. OFE. Dla nich zakup akcji UCI może być szansą na dywersyfikację portfeli.
Bez zachwytu
Debiut UCI został uznany za jedno z najważniejszych dla warszawskiej giełdy wydarzeń w kończącym się roku. Ludwik Sobolewski, prezes GPW, spodziewa się, że dzięki obecności UCI i znacznemu zwiększeniu kapitalizacji giełda przyciągnie spółki zagraniczne, przede wszystkim z Europy Zachodniej. Jednak rynek zaskoczyły duże wahania cen akcji oraz mała płynność. Zapytany przez dziennikarzy Ludwik Sobolewski przyznał, że z tych powodów debiut go trochę rozczarował oraz, że zastanawiające jest to, dlaczego płynności nie zapewnił animator oraz dwa domy maklerskie, należące do grupy UniCredit.
UCI nie chce resztówki