Cash is the king" - tę starą finansową zasadę znają lub powinni znać menedżerowie na całym świecie. Najlepiej odczuwają to ci, którzy balansują na krawędzi upadłości. Firmy bankrutują głównie nie z powodu braku majątku, ani nawet braku zysków, ale z powodu braku gotówki na rachunku bankowym. Oczywiście, trudno o gotówkę, jeśli się nie ma zysków. Wtedy albo trzeba sprzedawać majątek, albo szukać pożyczkodawcy. Najczęściej i jedno, i drugie. Kłopot narasta, jeśli majątek do sprzedaży należy do tych najmniej płynnych, a na rynku finansowym brakuje chętnych do udzielania pożyczek. Wówczas dopiero w pełni odczuwa się znaczenie pojęcia - płynność finansowa..
Najważniejszym parametrem współczesnego świata finansów jest właśnie płynność. Nie cena, nie wartość, nie wielkość popytu czy podaży. Ale właśnie płynność, która determinuje znaczenie większości pozostałych pojęć. Atrakcyjność ceny, wartość danego majątku są relatywne. Zależą od płynności obrotu tym instrumentem i generalnie płynności rynków finansowych. O tym zapominają obecnie zwolennicy tezy o kontynuacji hossy na światowych giełdach. Jednym z ich koronnych argumentów jest stosunkowo niski obecnie wskaźnik cena/zysk dla poszczególnych rynków. I rzeczywiście, jeśli popatrzymy na poziom tych wskaźników oscylujący wokół 15-16 dla rynków rozwiniętych i wahający się między 12 a 18 dla rynków wschodzących (poza kilkoma wyjątkami - w tym Indie i Chiny), to wydawałoby się, że nie ma miejsca na przecenę. Ale to myślenie kategoriami sprzed kilku lat. Wtedy na globalne rynki płynął szerokim strumieniem kapitał. Kapitał wytworzony przez rosnące zyski z coraz droższych aktywów i dodatkowo zwiększany agresywną akcją kredytową banków. Temu zjawisku sprzyjała niska cena pieniądza, wynikająca z niskiej inflacji. Od kilku miesięcy świat rynków finansowych wygląda zupełnie inaczej. Po nagłośnieniu problemów z kredytami hipotecznymi w USA (bo same problemy były znane i narastały już od ponad roku, tylko były lekceważone w warunkach globalnej nadpłynności finansowej) drastycznie spadło wzajemne zaufanie w sektorze bankowym. W efekcie wzrosła cena pieniądza krótkoterminowego i dramatycznie obniżyła się płynność w obrocie wieloma aktywami. A to oznacza wzrost ryzyka inwestycyjnego. Tak więc dwa składniki oczekiwanej stopy zwrotu rosną, tj.: jeden - stopa wolna od ryzyka, czyli stawka krótkoterminowych pożyczek, i drugi - premia za ryzyko. W tej sytuacji dotychczasowa ocena atrakcyjności inwestycji okazuje się często już nieaktualna.
W niektórych wypadkach niemal jedyną oznaką kryzysu, a nawet krachu jest radykalne zmniejszenie wielkości obrotu, czyli płynności. Klasycznym przykładem mógłby być rynek nieruchomości. Często pośrednicy mówiący o bezpieczeństwie zakupów nieruchomości porównują skalę ewentualnej przeceny nieruchomości do wielkości obsunięć cen na giełdzie. Tymczasem zapaść na rynku nieruchomości oznacza nie drastyczny spadek cen wywoławczych, ale praktyczny brak możliwości sprzedaży tego rodzaju majątku przez co najmniej kilka miesięcy. Jeśli zaś koniecznie chce się spieniężyć swoją inwestycję, to trzeba udzielić upustu przynajmniej kilkunastoprocentowego. A to już można porównać ze skalą giełdowej ostrej korekty spadkowej lub nawet krachu.
Nie bez powodu przy tworzeniu kryteriów wchodzenia poszczególnych spółek do indeksów giełdowych coraz większą wagę przypisuje się wielkości obrotu danym walorem. To właśnie czynnik płynności decyduje, czy na danym parkiecie pojawi się kapitał zagraniczny.
Ciekawym przykładem wykorzystania różnic płynności może być warszawska giełda. O ile w odniesieniu do wielkości obrotu na rynku akcji jesteśmy europejskimi średniakami, o tyle pozycja rynku kontraktów terminowych w podobnym rankingu jest znacznie wyższa. Nie dziwi więc szatański pomysł arbitrażystów (czy bardziej adekwatne - agresywnych spekulantów) zrealizowany w grudniu. Wykorzystali oni znacznie mniejsze napływy środków do funduszy inwestycyjnych, duże wahania nastrojów mało doświadczonych nowicjuszy na parkiecie i bierność kapitału zagranicznego. Na fali nadziei na odwrócenie złej passy z drugiej połowy bieżącego roku i oczekiwań na "rajd Świętego Mikołaja" i "window dressing" spekulantom udało się wywołać kilkudniowe wzrosty cen akcji, wciągnąć do gry inwestorów o dłuższym horyzoncie czasowym i w pełni skorzystać z możliwości stosunkowo płynnego rynku futures (zajmując krótkie pozycje) i ograniczonej płynności (ze względu na opisywany brak napływu nowych kapitałów) rynku akcji. Kluczem do sukcesu w tej strategii znów była kwestia wielkości obrotów na rynku i dostępu do kapitału, czyli generalizując - płynności.