Po raz pierwszy w historii większość akcji największych niemieckich firm kontrolowana jest przez obcych inwestorów. Jak wyliczył dziennik "Handelsblatt", zagraniczny kapitał posiada już 52,6 proc. udziałów w trzydziestu spółkach wchodzących w skład indeksu DAX. Wygląda na to, że rynek kapitałowy naszych zachodnich sąsiadów przynajmniej w tym sensie jest beneficjentem spadków na giełdach w USA i Wielkiej Brytanii.
Rekordzistą wśród wszystkich spółek giełdowych jest sam operator jednego z trzech największych parkietów Europy - Deutsche Boerse. W rodzimych rękach jest 16 proc. udziałów, dominują zaś inwestorzy amerykańscy, posiadający około połowy papierów. Niemców dystansują także Brytyjczycy.
Kapitał zza oceanu i z Wysp ostatnio coraz częściej znajduje między Renem a Łabą relatywnie atrakcyjne lokaty. Wraz z nastaniem lepszej koniunktury w gospodarce, niemieckie firmy legitymują się wysoką dynamiką wzrostu i przyzwoitą stopą zwrotu z akcji.
Podczas gdy europejski indeks DJ Stoxx zamyka rok praktycznie na takim samym poziomie, na którym go zaczął, DAX zyskał od stycznia około 21 proc. Jeszcze jedną przyczynę "internacjonalizacji" giełdowych spółek wskazał w wypowiedzi dla "Handelsblatt" Ruediger von Rosen, przewodniczący Deutsche Aktieninstitut, zajmującego się rozwojem i promocją rynku kapitałowego. Jego zdaniem, duże ilości akcji trafiać mogą do Niemców mieszkających za granicą.
Jeszcze dwa lata temu jedynie 20 proc. akcji wspomnianej trzydziestki nie należało do podmiotów niemieckich. Zmiany w strukturze akcjonariatów przebiegają zatem w zdumiewającym tempie i - jak wskazują analitycy - będą postępować, choć pewnie wolniej.