Prowadzenie polityki pieniężnej w ramach współczesnej gospodarki światowej, poddanej silnym procesom globalizacyjnym, i w warunkach coraz bardziej zaawansowanych innowacji finansowych nie jest łatwe. Z pewnością długo mogliby o tym opowiadać członkowie polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Naprawdę trudne zadanie mają jednak amerykańscy bankierzy centralni. Fed jest w trudnym położeniu przede wszystkim ze względu na ryzyko stagflacji, czyli jednoczesnego wzrostu inflacji i osłabienia aktywności gospodarczej. Oznacza to poważny dylemat dla władz monetarnych. Rosnące ryzyko recesji skłania do obniżki stóp procentowych, podczas gdy utrzymująca się presja inflacyjna przemawia za zwiększeniem lub przynajmniej utrzymaniem dotychczasowego stopnia restrykcyjności polityki pieniężnej.

Od momentu ujawnienia się z całą siłą kryzysu na rynkach kredytowych w sierpniu 2007 roku Fed większą wagę przywiązuje do zagrożeń dla wzrostu gospodarczego. Świadczy o tym kilka obniżek kosztu pieniądza w ostatnich miesiącach, których łączna skala jak na razie sięgnęła 100 punktów bazowych, sprowadzając główną stopę procentową w USA do poziomu 4,25 proc. Zmiany stóp przez Fed wydają się jednak mało efektywne. Wiąże się to z faktem, że rynkowe krótkoterminowe stopy procentowe pozostają pod presją problemów płynnościowych, będących wynikiem kryzysu zaufania pomiędzy największymi instytucjami finansowymi na świecie. W całej sytuacji przykrym faktem dla amerykańskiego banku centralnego jest to, że ponosi on część winy za zaistniałą sytuację. Fed przyznał to pośrednio, zalecając w ostatnim czasie, aby zacieśniono warunki udzielania pożyczek subprime poprzez wprowadzenie nowych ograniczeń. Fed proponuje, by kwota pożyczki wpłacana była na specjalny rachunek, a jej przekazanie nastąpiłoby dopiero po sprawdzeniu pożyczkobiorcy pod względem ubezpieczeniowym i podatkowym. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Wcześniejszy brak efektywnego nadzoru nad pożyczkodawcami hipotecznymi w USA, w połączeniu z bardzo niskimi stopami procentowymi utrzymywanymi przez Fed pod przewodnictwem Alana Greenspana, doprowadził najpierw do boomu kredytowego i na rynku nieruchomości, a następnie do gwałtownego załamania. Skutki tego dotknęły w istotny sposób największe instytucje finansowe na świecie i doprowadziły do obecnych problemów na rynkach pieniężnych najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, co utrudnia życie bankom centralnym. W debacie na temat tego, czy banki centralne powinny kontrolować nie tylko ceny dóbr i usług konsumpcyjnych, ale również ceny aktywów, stanowi to argument za bardziej kompleksowym podejściem. Skutki kryzysu na rynku nieruchomości w USA i związanego z tym ściśle kryzysu na rynkach kredytowych pokazują, że dla efektywności polityki pieniężnej bardzo istotny jest nadzór nad rynkiem finansowym oraz zapobieganie nieuzasadnionym fundamentalnie gwałtownym wzrostom cen aktywów, mogącym prowadzić do kryzysu zaufania w systemie bankowym i zaburzeń na rynku pieniądza.

Rozproszenie ryzyka na rynku kredytowym, możliwe dzięki zastosowaniu innowacyjnych rozwiązań finansowych, pozwoliło uniknąć spektakularnych bankructw poszczególnych instytucji finansowych. Na ten pozytywny aspekt kryzysu na rynkach kredytowych zwracało uwagę wielu komentatorów, w tym polscy bankierzy centralni. Niemniej rozproszenie ryzyka wydaje się mieć także złe strony. Brak możliwości precyzyjnego zidentyfikowania podmiotów obarczonych ryzykiem prowadzi do tego, że zaufanie załamuje się w całym systemie finansowym. Dochodzi do sytuacji, w której na rynku finansowym nikt nikomu nie ufa. W takich warunkach działanie władz monetarnych jest bardzo utrudnione i nawet najważniejszy bank centralny na świecie, amerykański Fed, może się czuć w dużej mierze bezradny.