Sylwester Cacek, znany łódzki biznesmen, stał się w ubiegłym roku mężem opatrznościowym dla dwóch spółek giełdowych. Wyłożył własne pieniądze na ich wsparcie. W jednej przejął też stery, tym samym w walce o jej przetrwanie i rozwój rzucając na szalę swój autorytet biznesmena i menedżera. Czy mu się uda? Tego jeszcze nie można być pewnym. Ale odwagę i determinację warto zauważyć i docenić już dziś. Trzeba mieć też nie tylko pieniądze, ale i wizję, by się o takie działania pokusić i –w roli prezesa – wziąć za nie odpowiedzialność.
W ubiegłym roku Cacek zainwestował ponad 60 mln zł w Sfinksa – firmę, która stała na skraju bankructwa. Wiele wskazuje na to, że uda mu się ją wyprowadzić na prostą. Cacek najpierw przejął od AmRestu 32,99 proc. akcji. Następnie pożyczył spółce 30 mln zł na spłatę długów. Dzięki temu udało jej się porozumieć z bankami. W czerwcu został prezesem. Od tego czasu konsekwentnie stara się zrestrukturyzować przedsiębiorstwo: zmienił warunki umów franczyzowych, scentralizował zakupy, ściął koszty. Eksperci podkreślają, że to kroki w dobrym kierunku.
Jednak porządki w grupie to nie wszystko. Jesienią ubiegłego roku okazało się, że Cacek ma ambitny pomysł na Sfinksa: chce z niego zrobić największą w Polsce sieć restauracji. Zarządzana przez niego spółka do końca lipca ma przejąć 180 pizzerii Da Grasso. Cacek pojawił się również w handlującym odzieżą Redanie. Objął emisję akcji o wartości 15 mln zł. Tym samym stał się drugim co do wielkości, po Radosławie Wiśniewskim, akcjonariuszem, posiadającym22- proc. udział w podwyższonym kapitale. Zarząd Redanu pozostał niezmieniony. Reprezentanci Cacka, w tym jego żona, weszli natomiast do rady nadzorczej.