Środowe odbicie w górę zarówno cen ropy naftowej, jak i dolara będące efektem oczekiwań na rozpoczęcie ataku Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii na Irak w czwartek uległo wyhamowaniu. Wygląda na to, że podtrzymanie tych dwu korzystnych dla rynków akcji zjawisk wymagałoby nieco bardziej spektakularnych działań. Aż strach pomyśleć, co będzie działo się na świecie, kiedy w następnym 8-letnim globalnym cyklu koniunkturalnym będziemy mieli już do czynienia z regularną deflacją... Jeśli do Bożego Narodzenia nie dojdzie do jakiejś eskalacji działań wojennych, to prawdopodobne wydaje się ponowny spadek dolara, którego kurs względem marki odbił się w listopadzie od oporu (ok. 1,70 USD/DEM) wyznaczonego rok temu w apogeum azjatyckiej paniki. W obecnej sytuacji czynnikiem, który może zdeterminować przebieg pierwszych kilku tygodni 1999 roku, będą losy euro po jego planowanym już za 2 tygodnie debiucie. Do 1 stycznia popyt na aktywa finansowe Eurolandu może być wstrzymywany, jeśli jednak po nowym roku popyt na euro zacznie ciągnąć jego kurs w górę, to takie niekorzystne dla nastawionych na eksport krajów UE wzmocnienie waluty może przyczynić się do wystąpienia globalnego "defektu stycznia".W okresie ostatnich trzech lat gwałtowne kilkudziesięcioprocentowe zwyżki rynku rozpoczynały się odpowiednio 20 grudnia 95, 10 grudnia 96 i 12 stycznia 98. Dosyć naturalne są po takiej serii oczekiwania dużej grupy krajowych inwestorów na rozpoczęcie się na przełomie tego i nowego roku kolejnej fali napływu kapitału. Osobiście skłaniam się jednak ku tezie, że dobrą analogią dla tego, co czeka nas w najbliższej przyszłości, jest okres kończący bessę z 94 roku. Wtedy po utrzymującej się do końca grudnia względnej stabilizacji cen początek roku przyniósł załamanie cen największych spółek, które sprowadziło WIG o 25 proc. w dół do ostatecznego dna bessy (5900).

.