Praktyczne spojrzenie

Przyzwyczailiśmy się myśleć o naszym rynku kapitałowym jak o czymś zupełnie nowym, rozwijającym się, bardzo odmiennym od innych rynków, niedojrzałym i niedoświadczonym. Jesteśmy dumni, żeśmy są tacy wyjątkowi i wspaniali. A tu trzeba się powoli zacząć oswajać z myślą, że stajemy się coraz bardziej normalni.Pamiętam, jak kilka miesięcy temu uczestniczyłem w dyskusji panelowej na temat perspektyw polskiej giełdy i domów maklerskich. Powiedziałem wtedy mniej więcej coś takiego: jeszcze niedawno wszyscy narzekali, że nasz rynek kapitałowy porusza się w sobie tylko znanym rytmie, mało związanym z tym, co się dzieje na świecie. A teraz zaczynamy narzekać, że reaguje na wszystkie zachwiania, jakie się zdarzają w Hongkongu, Rosji czy Brazylii. Przecież sami tego chcieliśmy! Przez tyle lat dążyliśmy do tego, by mieć światową giełdę - a jak już taką mamy, to znowu nam źle.Wywołałem wtedy gwałtowną dyskusję: że to nie tak, że nasz rynek dużo bardziej nerwowo reaguje na tego typu sygnały, że jesteśmy tacy niedoświadczeni i tacy odmienni. A spójrzmy, co się stało po ostatnim kryzysie brazylijskim? Wszystkie światowe giełdy zareagowały bardzo ostro, także i nasza. Ale, co najciekawsze, nasz podobno tak chwiejny WIG pierwszego dnia spadł co prawda znacznie, ale wcale nie bardziej niż indeksy innych, znacznie większych giełd. A że akurat ta zmiana nie miała przyczyny na polskim rynku? No to chyba dobrze, że na nasz rynek mają wpływ również czynniki globalne, a nie tylko lokalne. Bardzo mi się spodobała niedawna wypowiedź pani minister Kornasiewicz, że Polska przestaje być "emerging market", a staje się "merging market". No właśnie - coraz bardziej wtapiamy się w ogólnoświatowy system rynków kapitałowych. Wreszcie!A że wiąże się to z występowaniem mniej przyjemnych zjawisk? To chyba też normalne - zjawiska pozytywne i negatywne chadzają zwykle w parze. W ubiegłym roku wiele osób pasjonowało się zagadką, czy będziemy mieli pierwsze bankructwo na rynku publicznym. Spółka się wybroniła, ale co chwila dochodzą sygnały, że jeszcze musi uważać. W tym roku po raz pierwszy spółka giełdowa została karnie wycofana z obrotu publicznego. Jeszcze nie do końca, bo zapowiada, że będzie się odwoływać. Ale ile było dyskusji, że najbardziej skrzywdzeni zostali niewinni akcjonariusze? Jest w tym trochę racji, ale przecież Universal od wielu lat był znany jako cesarz rynku spekulacyjnego - więc każdy, kto kupował te akcje, powinien był zdawać sobie sprawę ze zwiększonego ryzyka.Faktem jest, że decyzja Komisji o wycofaniu Universalu zaskoczyła chyba wszystkich, ponieważ nie poprzedziły jej żadne sygnały. Najciekawszy jednak w tym wszystkim był wniosek Universalu, by na miesiąc zawiesić notowania na giełdzie. To dopiero byłaby katastrofa dla akcjonariuszy, pozbawionych jakiejkolwiek praktycznej możliwości pozbycia się akcji. A tak - kurs co prawda spadł, Universal stał się (na razie tylko na chwilę) pierwszą "groszową" spółką, ale obroty są duże i kurs nawet nieco wzrósł. Czyli ci, którzy chcieli sprzedać akcje, mogli to zrobić - ze znaczną co prawda stratą, ale nie stracili wszystkiego. Za to ci, którzy teraz te akcje kupili, nie będą już mogli mieć pretensji do nikogo oprócz siebie, jeżeli decyzja o wycofaniu spółki z obrotu stanie się ostateczna.Zastanawiam się tylko, do ilu jeszcze takich "normalnych" zjawisk będziemy się musieli przyzwyczaić?

KRZYSZTOF GRABOWSKI

prezes Związku Maklerów i Doradców