Rząd znajduje się pod rosnącą presją różnych grup społecznych, niezadowolonych ze swego statusu materialnego, a jednocześnie niechętnie poddających się werdyktowi rynku. Niektóre pretensje są uzasadnione - np. o bałagan wynikający ze źle przygotowanej reformy służby zdrowia. Większość to jednak efekt frustracji osób, których dochody rosną zbyt wolno lub nawet - jak w przypadku rolników - spadają.Pretensje do rządu mają też grupy zawodowe obawiające się utraty pracy na skutek reform i restrukturyzacji. To dotyczy przede wszystkim nauczycieli i górników kopalń węgla kamiennego, a także zatrudnionych w spółce KGHM, w kopalniach Bełchatowa, w hutach, w PKP. Możliwy jest nawet czarny scenariusz, polegający na zmasowanych protestach i strajkach, w których uczestniczyć będą górnicy, rolnicy, lekarze, nauczyciele, maszyniści kolejowi i ktoś tam jeszcze. Rząd obawia się takiego rozwoju wydarzeń, bo w ostatnich dniach wyraźnie ustąpił wobec rolników i anestezjologów.Przykładem ustępstwa rządu jest to, że podczas debaty nad budżetem w Senacie "cudem" znalazły się pieniądze na dofinansowanie kas chorych oraz Agencji Rynku Rolnego. Zaproponował to sam Leszek Balcerowicz, który dotąd walczył z wszelkimi przejawami psucia budżetu.Pieniądze zostały wygospodarowane rzekomo dlatego, że na skutek spadku inflacji niższe będą stopy procentowe, co pozwoli budżetowi zaoszczędzić na obsłudze długu. Stopy procentowe w szacunkach budżetowych zostały rzeczywiście zawyżone, ale to było wiadome od kilku miesięcy. Wiadomo jednak również, że zawyżone są szacunki tegorocznego wzrostu, więc oszczędności na stopach mogą się przydać do łatania dziur wynikających z niższych przychodów podatkowych i wyższych kosztów wprowadzanych reform. Rolnicy i pracownicy służby zdrowia korektę budżetu odbierają jednoznacznie - rząd ustępuje pod ich naciskiem, a zatem trzeba cisnąć dalej, by wywalczyć większe ustępstwa.Mam nadzieję, że w rządzie są specjaliści od rozwiązywania kryzysów społecznych. Ja się za takiego nie uważam i dlatego pozwalam sobie zaproponować strategię prostą, a wręcz naiwną. Sfrustrowanemu społeczeństwu trzeba po prostu mówić prawdę.Jest prawdą, że od roku 1992 trwa w Polsce wzrost gospodarczy, którego tempo - szczególnie w ostatnich trzech latach - było jednym z najszybszych w Europie. Jest też prawdą, że z tego wzrostu wyraźne korzyści odniosło kilka milionów gospodarstw domowych, czego widocznym dowodem jest liczba kupionych w ostatnim roku nowych samochodów - przekroczyła pół miliona. Rozwój gospodarczy przekładał się nierównomiernie na wzrost zamożności. Bardziej korzystali ludzie wykształceni, związani z prywatnym sektorem, w młodym lub średnim wieku, raczej mieszkańcy dużych miast niż wsi. W grupach "zwycięzców" przyrost bogactwa był uderzający.Prawdą jest także to, że osoby związane ze sferą budżetową, zatrudnieni w państwowych przedsiębiorstwach, część mieszkańców małych miasteczek i wsi, osoby o niskim wykształceniu i kwalifikacjach na wzroście gospodarczym skorzystały niewiele, a czasami traciły.W gospodarce rynkowej w dość biednym państwie, jakim jest Polska, nie może dziać się inaczej. Pracownicy "budżetówki" nie mogą liczyć na to, że ich dochody wzrosną do pozycji profesjonalistów, zatrudnionych w dynamicznych sektorach gospodarki prywatnej. Mogą co najwyżej sami stać się profesjonalistami i szukać potwierdzenia swej wartości na rynku - na co ani nauczyciele, ani lekarze najwyraźniej chęci nie mają. Rolnicy mogą liczyć co najwyżej na ochłapy ze skąpej kasy państwowej, chyba że przystosują się do rynku i staną się biznesmenami działającymi w sferze rolnictwa - na co ogromna większość z nich nie ma ani chęci, ani kwalifikacji.Prawdą jest też, że wzrost gospodarczy był i wciąż jest relatywnie szybki, ale w "lidze", w której znajduje się Polska - wśród gospodarek wschodzących - panuje duże zamieszanie i niewiele trzeba, by Polska znalazła się w samym środku kryzysu, między Rosją a Brazylią.W tak niepewnej sytuacji w budżecie zaplanowano pewne rezerwy, niechętnie ujawniane posłom i opinii publicznej. Jest też prawdą, że byłoby lepiej, gdyby zostały one wykorzystane dla stabilizowania gospodarki niż na gaszenie społecznych napięć.
WITOLD GADOMSKI,
publicysta "Gazety Wyborczej"