W ostatnich dziesięcioleciach była moda na model szwedzki, niemiecki, japoński, później wrażenie na ekonomistach zrobiły azjatyckie tygrysy imponujące dynamiką wzrostu, teraz króluje model amerykański.Produkt krajowy USA rośnie, inflacja i bezrobocie spadają, a Dow Jones jak oszalały pokonuje kolejne bariery. Ma coś i z tego przeciętny Amerykanin, który dzięki inwestowaniu w akcje wzbogaca się i ostro idzie w konsumpcję, co z kolei przekłada się na koniunkturę w ogóle itd.Teoretycy i praktycy rynku kapitałowego za oceanem cieszą się, że na inne regiony i kontynenty promieniują drogie im wartości i postawy. Od Korei po zachodnie rubieże Europy aktywizują się akcjonariusze, domagający się od zarządów spółek coraz większej troski o shareholder value, czyli wartość dla udziałowca, głośno o fuzjach i przejęciach. Nawet wrogich.Ostatnio nad tym zagadnieniem pochylił się "The Economist", który dokonał analizy różnych modeli rozwoju gospodarczego, punktując ich mocne i słabe strony.W modelu japońskim ceniono kiedyś stałe zatrudnienie, wysoką jakość kształcenia, bliskie stosunki między bankami a korporacjami z innych sektorów, krzyżowe powiązania udziałowe, zapewniające menedżerom ochronę przed zbyt nerwowymi akcjonariuszami. Dzięki temu, podkreślano, zarządy korporacji mogły koncentrować się na długofalowej strategii inwestycyjnej, zamiast, jak ich amerykańscy konkurenci - na krótkoterminowych zyskach. Teraz dawne cnoty uznano za główną przyczynę gospodarczej mizerii.Jedni uczeni zainteresowani modelem tygrysim zwracali uwagę, że szybki wzrost gospodarczy kraje Azji Wschodniej zawdzięczają prorynkowej polityce - niskim podatkom, elastycznemu rynkowi pracy oraz otwartej polityce handlowej. Drudzy wskazywali na interwencję rządów, zwłaszcza południowokoreańskiego. Ostatecznie okazało się, że nie ma jednolitego modelu azjatyckiego, gdyż poszczególne państwa miały różną politykę gospodarczą, a łączyła je otwarta polityka handlowa oraz wyższy, niż w przypadku innych emerging markets, poziom oszczędności.W modelu amerykańskim za najważniejsze cechy dodatnie uznano niskie podatki, elastyczny rynek pracy, ostrą konkurencję oraz kapitalizm akcjonariusza (shareholder capitalism) polegający na wywieraniu przez udziałowców presji na management korporacji celem maksymalizacji zysków. Minusy to zbyt duża rozpiętość dochodów, marna jakość takich dóbr publicznych, jak oświata na poziomie podstawowym i średnim oraz niski poziom inwestycji i bardzo niskie oszczędności.Mimo że Stany Zjednoczone od 1992 roku przeżywają okres dynamicznego wzrostu PKB (przeciętnie 3,1% rocznie) i wyprzedzają pod tym względem pozostałe potęgi przemysłowe (Japonia 0,8%, Niemcy 1,7%), to gorzej wypadają po uwzględnieniu dłuższego, dziesięcioletniego okresu.W latach 1989-1998 dynamika PKB w Niemczech i USA była taka sama, natomiast pod względem wzrostu PKB na jednego mieszkańca Stany Zjednoczone okazały się gorsze zarówno od Niemiec, jak i Japonii. Podobnie rzecz się miała w przypadku wzrostu wydajności. Korzystnie w stosunku do RFN USA wypadają natomiast w statystykach bezrobocia.Różnie jest też z funkcjonowaniem kapitalizmu akcyjnego. Pierwsze miejsce na liście najlepiej opłacanych menedżerów w Ameryce zajmuje Michael Eisner, prezes spółki Walt Disney, który jednocześnie przysporzył akcjonariuszom najmniej korzyści. Równie marnym rezultatem pod tym względem może pochwalić się Sanford Weill, szef Citigroup, trzeci na płacowej drabinie. Te niedoskonałości nie oznaczają bynajmniej, że amerykański król jest nagi.

Andrzej Tuszyński