Okiem sceptyka

Były sobie dwie spółki giełdowe. Od zawsze zajmowały ważne miejsce w portfelach inwestorów instytucjonalnych, często dostawałypozytywne rekomendacje. Działo się tak nie bez przyczyny. Obie były postrzegane jako liderzy branży, miały rozpoznawalną markę, duży udział w rynku, systematycznie rosły ich przychody i proporcjonalnie zyski.

Pewnego razu zarządy spółek dogadały się, aby przeprowadzić fuzję. Rynek wpadł w euforię. Ceny obu firm poszybowały w górę. Nikt nie przejął się tym, że znaczący akcjonariusz jednej z nich przeforsował bonusową emisję akcji, obejmowanych z prawa poboru po złotówce. Wszyscy oczami wyobraźni widzieli efekt synergii i to, że spółka po fuzji będzie największym producentem w swojej branży. Ktoś wprawdzie przebąkiwał, że jedna z firm ma dużo gorszą rentowność od drugiej, ale za to za duże zatrudnienie. Oczywiście, nikt nie potraktował tego poważnie. Tymczasem nastąpił kryzys azjatycki i ceny na GPW pojechały równo w dół. W cieniu kryzysu przeprowadzono emisję bonusowych akcji, a potem nastąpiła fuzja.GPW powoli odrabiała straty, wszyscy liczyli na efekt stycznia. Nie przeliczyli się, cena spółki wzrosła, choć nie osiągnęła maksimum z października. Znów nikt się tym nie przejął, doszło przecież dobrych parę milionów akcji i w sumie wszystko się zgadzało. Rosnący rynek nie skłaniał do słuchania sygnałów ostrzegawczych i wyprzedawanie akcji przez inwestora, który przedtem wymusił dodatkową emisję, nie wzbudziło niepokoju. Jazda w dół zaczęła się w marcu, ale to przecież była tylko korekta wzrostów z początku roku. Potem były kolejne kryzysy - rosyjski, pogłębienie kryzysu rosyjskiego, załamanie reala w Brazylii - spółka przez cały czas spadała. Zaniepokojony tym jedyny inwestor instytucjonalny, który pozostał w spółce, zwołał NWZA i przeforsował buy back. Spółka miała trochę za mało pieniędzy, ale inwestor zaoferował kredyt, zresztą wcale nie preferencyjny. Kurs zaczął pełznąć w górę. Wszyscy odetchnęli z ulgą.Na początku grudnia wzrost cen przyspieszył tempo, wzrosły obroty. Wszyscy wiedzieli, że spółka skupuje swoje akcje i byli przekonani, że to inwestor instytucjonalny stracił cierpliwość i polecił przyśpieszyć skup akcji. Tymczasem okazało się, że pojawił się nowy inwestor i będzie wezwanie. Giełda zareagowała gwałtownym wzrostem popytu. Nowy rok przyniósł ogłoszenie wezwania - cena rozczarowywała, ale za to nowy inwestor chciał kupić 60% akcji. Wszyscy zastanawiali się, co zrobi. Nowy inwestor znał reguły gry i szybko ogłosił, że ma już ponad dwadzieścia procent. Giełda wstrzymała dech. Niektórzy myśleli, że pojawi się biały rycerz i ogłosi konkurencyjne wezwanie po wyższej cenie. GPW ćwiczyła już takie przypadki. Upatrywano go zresztą w dotychczasowym największym akcjonariuszu. Potencjalny biały rycerz przeliczył aktywa i też odpowiedział na wezwanie. Podobno w zamian obiecano mu, że nadal będzie prowadził obsługę bankową spółki.Tymczasem najeźdźca zakomunikował, że ma więcej akcji niż chciał kupić, ale powtórzył wezwanie, po śmiesznie niskiej cenie. Pewnie nie potrzebował już więcej akcji, ale ustawa jest ustawą i po przekroczeniu kolejnego progu trzeba je ogłosić. Wezwanie miało mizerny oddźwięk, widać sprzedający akcje obawiali się, że najeźdźca po jego zrealizowaniu będzie chciał sprzedać nadmiar papierów i kurs spadnie jeszcze bardziej. Mieli rację. Po zakończeniu drugiego wezwania cena spadła o 20%. Tymczasem życie w spółce toczyło się swoim torem. Zastanawiano się, czy nowy inwestor spuści prezesa, związki zawodowe weszły w spór zbiorowy o płace. Przywódcy związkowi straszyli strajkiem, przychody spadły o 20%, z zyskiem też było cienko. W konkurencyjnej firmie z tej samej branży inwestor strategiczny postanowił odkupić wszystkie akcje i wycofać ją z giełdy, zapowiedział też 30-proc. redukcję zatrudnienia. Na GPW wszyscy zapomnieli o synergii i zastanawiali się, jak wyjść z życiem z zapowietrzonych papierów.Choć trudno w to uwierzyć, Polska jest już fragmentem globalnego rynku i przejęcia gdzieś w Europie mogą wywołać interakcje na GPW. Nagle gruchnęła wiadomość, że najeźdźca sam padł ofiarą wrogiego przejęcia i już nie on, ale ktoś całkiem inny chce być nowym właścicielem spółki.Ciąg dalszy i tak pewnie będzie taki sam. Jeszcze nowszy właściciel przeprowadzi audyt. Stwierdzi zbyt duże zatrudnienie i zbytnią dywersyfikację produkcji, nie będzie zadowolony z wysokich kosztów zarządu. Zacznie zmniejszać zatrudnienie, spacyfikuje opór związków zawodowych, skorumpuje ich przywódców. Nie jest nowicjuszem, robił to już wiele razy. Zlikwiduje kilka instalacji produkcyjnych i zmniejszy asortyment wytwarzanych wyrobów. W sieci dystrybucyjnej spółki pojawi się coraz więcej wyrobów produkowanych w firmach należących do nowego właściciela, wzrośnie ich udział w strukturze sprzedaży. Spółka powoli będzie tracić samodzielność, notowania będą systematycznie spadać i w końcu wszyscy z ulgą przyjmą wezwanie na pozostałe w obrocie akcje i wycofanie spółki z GPW. I tak zakończy się ta smutna bajeczka.

Aleksander Weksler