Chłodnym okiem

Transformacja gospodarki spowodowała niebywały przełom w wyższym szkolnictwie ekonomicznym w Polsce. W roku akademickim 1990/1991 było tylko 5 wyższych szkół ekonomicznych z 24 tysiącami studentów, a w roku akademickim 1997/1998 już 93 szkoły z 201,5 tysiąca studentów. Przyczyna eksplozji wyższego szkolnictwa ekonomicznego jest oczywista: gospodarka rynkowa zgłasza zapotrzebowanie na kadry menedżerskie, bankowe, księgowe itd., którego nie są w stanie zaspokoić państwowe uczelnie. Powstaje jednak zasadnicze pytanie, czy w dynamicznie rozwijającym się wyższym szkolnictwie ekonomicznym ilość idzie w parze z jakością?Cały ten imponujący przyrost liczby szkół i studentów dokonał się za sprawą prywatnych szkół biznesu, przedsiębiorczości, bankowości itd. Ich kadrę stanowią w większości pracownicy naukowi uczelni państwowych i praktycy życia gospodarczego. Kadra naukowa powinna zatem zapewniać przyzwoity poziom nauczania w szkołach prywatnych. Napotyka ona tymczasem barierę niskiego poziomu wiedzy i przygotowania ogólnego studentów. Przed ludźmi tymi staje dylemat: czy utrzymywać wysoki poziom wymagań z macierzystych uczelni państwowych, czy dostosować się do poziomu przeciętnego studenta. Z moich obserwacji wynika, że sytuacja wymusza drugie podejście. Inaczej mówiąc, wiele prywatnych szkół ustawia stosunkowo nisko poprzeczkę swoim studentom.Powstają też inne dylematy. Czy fakt wnoszenia niemałych w końcu opłat za studia nie obliguje w jakiś sposób szkół do bardziej ulgowego podejścia do wymagań? Szkoły, które podnoszą wysoko poprzeczkę, mogą z kolei tracić zniechęconych tym studentów. Słyszałem opinię, że SGH traci studentów zaocznych na rzecz szkół prywatnych. Są studenci, którym bardziej zależy na jakimkolwiek dyplomie niż na ukończeniu prestiżowej uczelni.Krótki czas działania większości prywatnych szkół ekonomicznych nie doprowadził do ukształtowania się powszechnie podzielanych opinii w sprawie jakości nauczania w tych szkołach. Do uzyskania jasnego obrazu potrzeba wielu lat, a do wyróżniania jednych szkół i piętnowania innych potrzebne są sygnały z rynku, czyli z firm zatrudniających absolwentów.Na razie rolę arbitra starają się wypełniać dziennikarze prasy tygodniowej i miesięcznej, tworząc rankingi szkół wyższych. W ostatnim miesiącu ukazały się trzy: ranking niepublicznych wyższych szkół biznesu miesięcznika "Home & Market", ranking szkół biznesu miesięcznika "Businessman" i ranking szkół wyższych tygodnika "Wprost". Zainteresowała mnie kolejność prywatnych wyższych szkół ekonomicznych.Generalnym wnioskiem wynikającym z porównania trzech rankingów byłoby odradzenie studentom zainteresowanym znalezieniem dobrej szkoły zaglądania do tych czasopism. Zestawy szkół z tych rankingów tylko częściowo pokrywają się. Poza dwiema uczelniami, które od lat okupują pierwsze i drugie miejsce we wszystkich rankingach, pozycje pozostałych szkół są odmienne.Znana jest mi sytuacja w dwóch szkołach prywatnych klasyfikowanych w jednym z rankingów. Szkoły te dzieli w nim ponad 20 pozycji. Z obserwacji wynika, że wyższy poziom wiedzy fachowej posiedli studenci szkoły sklasyfikowanej znacznie niżej. Potwierdzenie subiektywizmu ocen znalazłem w dwóch pozostałych klasyfikacjach, gdzie została oceniona szkoła z czołówki pierwszego rankingu. W drugim znalazła się ona w środku stawki, a w trzecim prawie na końcu listy. Lektura wszystkich trzech rankingów może tylko ogłupić czytelnika.

BOHDAN WYŻNIKIEWICZ

Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową