Moc złotego

Wiele sygnałówwskazuje, że pod koniecroku czekają nas kłopoty z koordynacjąpolityki fiskalneji monetarnej.Szykuje się bardzo emocjonującasytuacja. Przednami tak zwanyrozjazd. Jestwiele odmian "rozjazdów". Ale tak czy inaczej,rzecz zawsze sprowadza siędo tego, że jedna z polityk - albofiskalna, albomonetarna - jest zbyt restrykcyjna wobec drugiej. I to wywołuje

kłopoty.Nasz "rozjazd" polega na tym, że choć powinno się obniżyć stopy procentowe, to odpowiedzialnie zrobić się tego jednak nie da. Dlatego, że polityka fiskalna nie wygląda z punktu widzenia banku centralnego zbyt obiecująco. Z "rozjazdu" można wyjść cało albo z rozbitym nosem. Wszystko zależy od szczęścia i umiejętności.Wiele przyczyn sprawi, że ożywi się, przejściowo osłabiona, presja na realną i nominalną aprecjację złotego. Co to będzie, poza naturalnie wysokimi realnymi stopami procentowymi? Z pewnością aprecjacji sprzyjać będą: spadek inflacji cenowej, zniesienie walutowego fixingu, wyprzedaż przez Skarb Państwa poprywatyzacyjnych resztówek, wielkie transakcje prywatyzacyjne oraz cherlawe euro.Trzeba będzie stosować specjalne techniki neutralizacji napływu pieniądza zagranicznego. Ale i tak - wolno przypuszczać - tempo przyrostu rezerw dewizowych postawi na porządku dnia kwestię przedterminowego wykupu części długu publicznego. Ta logiczna operacja będzie bardzo trudna do obrony w kategoriach politycznych. A to za sprawą niezwykle skomplikowanej sytuacji budżetu. Jak wytłumaczyć wyborcom, że leży w ich interesie cięcie wydatków, zmniejszenie deficytu i równoczesne przeznaczanie pewnej części przyrostu rezerw na redukcję długu?Sądzę, że bank centralny z ograniczonym zaufaniem podchodzi do szans pozyskania przez tę koalicję większości dla podobnie rozsądnego rozwiązania. Polityka fiskalna rządu, oględnie rzecz ujmując, nie budzi zaufania NBP. Części ekonomistów - również. Trudno się temu dziwić. Nominalnie jest to polityka restrykcyjna. A realnie? Cóż, mocno plastelinowata. Budżet proponuje przeprowadzenie bardzo trudnego manewru zmiany struktury wydatków, ale nie ma żadnej pewności, że zostanie to zaakceptowane przez grupy "poszkodowane". Takiej gwarancji osłony politycznej dla zmniejszenia i restrukturyzacji budżetu koalicja z całą pewnością nie stwarza.Przykładem to, co stało się z górnictwem, ZUS-em, rolnictwem, dodatkami socjalnymi. Problem został rozwiązany w ten sposób, że nadzwyczajne wydatki upchnięto kolanem "pod kreskę". Znaczy to tylko tyle, że nie widać ich co prawda w tegorocznym budżecie, ale muszą gdzieś wyskoczyć już w przyszłym roku. A co z zadłużeniem służby zdrowia? Przecież zwiększy ono dług publiczny o ładne 3 pkt. procentowe? Do której przegródki wpadną ostatecznie rekompensaty dla sfery budżetowej? Skąd w najbliższych dwóch latach rząd zamierza wytrzasnąć te marne 5-7 mld złotych na obniżki podatków?Sporo pytań i jakoś przymało odpowiedzi. Wiarygodność polityki fiskalnej musi w tym warunkach budzić, niestety, pewne skojarzenia z opowieściami barona Münchausena. Stąd najpopularniejszy lek na aprecjację, czyli redukcja stóp procentowych, wydaje się nie do zastosowania.A co oznacza powrót do szybkiej aprecjacji złotego? To wie nawet najmniej pilny uczeń w ławach poselskich. W telegraficznym skrócie przypomnijmy więc tylko: będzie pogorszenie salda obrotów bieżących, będzie negatywny impuls dla tempa wzrostu, będzie stałe zagrożenie ryzykiem kryzysu walutowego.Przewiduję, że w trakcie ostrego "rozjazdu" policy mix, czyli gdzieś od wczesnej jesieni do samiutkiego końca wieku, Narodowy Bank Polski znajdzie się pod delikatnym ostrzałem ze Świętokrzyskiej, ciężkim z Wiejskiej, bezpośrednim z Krakowskiego Przedmieścia, intensywnym z Londynu (obniżyć stopy) i zaskakującym ogniem z Budapesztu (zamienić złotego na euro). Droga Rado Polityki Pieniężnej - do schronu. Panie pierwsze, później dzieci, starcy i - na końcu - mężczyźni.

JANUSZ JANKOWIAK