Okiem sceptyka
Gdyby poważnie potraktować liczbę otwartych rachunków inwestycyjnych, można byłoby z ufnością patrzeć w przyszłość polskiego rynku kapitałowego. Milion dwieście czy też milion trzysta rachunków oznacza, że co dziesiąty czynny zawodowo Polak jest zaangażowany w inwestycje kapitałowe. Otrzeźwienie przychodzi w chwili, gdy weźmie się pod uwagę, że przynajmniej milion rachunków jest martwych, a systematyczne obroty można odnotować na stu, góra dwustu tysiącach rachunków.Wystarczyłoby jednak, aby ten milion posiadaczy uśpionych rachunków z powrotem zainteresował się giełdą, a polski rynek kapitałowy wyglądałby zupełnie inaczej. Gdyby założyć, że każdy posiadacz uśpionego rachunku zainwestuje miesięcznie 300 zł, czyli około 20% średniej płacy, na giełdę zacząłby napływać kapitał rzędu 300 mln zł. Odpowiadałoby to kapitalizacji spółki wielkości Polifarbu C-W, dwóm Mostostalom Zabrze albo dziesięciu spółkom wielkości Wólczanki.Czy polski rynek kapitałowy jest na tyle dojrzały, aby wchłonąć tak duży kapitał? Coś podobnego przerabialiśmy już w czasie Wielkiej Hossy lat 1993/94, gdy dopływ pieniędzy nie był równoważony podażą akcji nowych spółek. Spółki notowane na GPW, wykorzystując łatwy dostęp do kapitału, psuły rynek coraz to nowymi emisjami. Znacząca część z nich była adresowana do zarządów i załóg, akcje często były obejmowane po cenie nominalnej. Potem bańka mydlana pękła i większość inwestorów z tego okresu nie wróciła już do inwestowania w akcje.Po pięciu latach nie widać symptomów radykalnej poprawy. Po trudach, związanych z ubiegłoroczną prywatyzacją TP SA i Banku Pekao SA oraz tegoroczną sprzedażą inwestorom strategicznym Banku Zachodniego i Banku Pekao SA, MSP nie ma już siły, aby prywatyzować przez giełdę kolejne sektory gospodarki. Trzeba zresztą przyznać, że oprócz sektora naftowego i energetyki, która wymaga wcześniejszej deregulacji, do sprzedania zostało niewiele dobrych przedsiębiorstw.Z drugiej strony rynek kapitałowy A.D. 1999 to już nie to samo, co w roku 1994. Państwo przestało być głównym rozgrywającym i, mimo kulawej legislacji, rynek ciągle się rozwija. W Polsce aktywnie funkcjonują międzynarodowe instytucje finansowe, kilka krajowych banków ma ambicje bycia bankami inwestycyjnymi, często udaje im się te ambicje realizować.Jeżeli dodać do tego jeszcze rozwój spółek w różnych niszach rynku, chociażby w informatyce i telekomunikacji, które z jednej strony potrzebują pieniędzy na rozwój, z drugiej mogą dać wysoką stopę zwrotu, to pojawienie się funduszy venture capital jest tylko kwestią czasu. Część z nich na pewno trafi na giełdę, z czasem spółki z portfeli tych funduszy trafią do obrotu publicznego.Jeżeli tylko wzrost deficytu budżetowego, w połączeniu z deficytem w obrotach bieżących, nie wymusi drastycznej podwyżki stóp procentowych, a także utrzyma się dobra koniunktura na GPW, politycy zaś nie będą majstrować przy opodatkowaniu dochodów z transakcji giełdowych, to w perspektywie kilku lat można liczyć na powrót zainteresowania giełdą.
Aleksander Weksler