W pobliżu gospodarki

Od 2004 roku będziemy pracować 40 godzin tygodniowo - proponuje rząd - w odpowiedzi na wnioski posłów AWS i SLD, domagających się skrócenia czasu pracy. Posłowie chcieli, aby już od stycznia 2000 roku wszystkie soboty były obligatoryjnie wolne.Poselską propozycję oprotestowali zgodnie ekonomiści i biznesmeni, wskazując, że nie stać nas na zabieg skracania czasu pracy, gdyż zaowocowałoby to zmniejszeniem naszej konkurencyjności na rynkach międzynarodowych. Sedno pomysłu bowiem sprowadza się do utrzymania dotychczasowych płac za mniej pracy. Byłaby więc ona droższa.Konkurencyjność większości polskich firm i tak jest słaba. Obniżanie jej, zwłaszcza wtedy, gdy gospodarka przeżywa spore trudności, to zabieg samobójczy. Płonne są też nadzieje, że skracając czas pracy uda się zmniejszyć bezrobocie.Cofnijmy się nieco w przeszłość - kto z Państwa pamięta, kiedy pojawiły się pierwsze wolne soboty? Przypominam: było to jeszcze w latach siedemdziesiątych, o ile mnie pamięć nie zawodzi, w drugiej połowie gierkowskiej dekady. Co starsi Czytelnicy Parkietu pamiętają doskonale, jak sądzę, że kiedyś pracowało się i uczyło we wszystkie soboty, jedynie nieco krócej - z reguły do godziny 14. Potem była uparta, wieloletnia walka Solidarności o wolne soboty, jak by nie było, jeden z ważniejszych postulatów związku od chwili jego powstania, a nawet jeszcze wcześniej.A teraz AWS domaga się pełnej realizacji tego postulatu. Broni się przed tym rząd, w stu procentach solidarnościowej proweniencji.Śmieszne? Niekoniecznie.Jest swego rodzaju paradoksem, że tego samobójczego gola chce strzelić własnemu rządowi (a raczej gospodarce jako takiej) grupa posłów AWS do spółki z kolegami z SLD. Sojusz może cokolwiek egzotyczny, ale bynajmniej nie pierwszy tego rodzaju.Porównanie z walką o popiwek samo się nasuwa. Wtedy też, w początku lat dziewięćdziesiątych, związkowcy - czyli ta sama (nawet personalnie) grupa ludzi, która teraz jednocześnie rządzi i postuluje pod adresem rządu - ręka w rękę z ówczesną postkomunistyczną opozycją (dziś SLD) domagali się odejścia od popiwku. Adresatami żądań były kolejne solidarnościowe rządy - Mazowieckiego, Bieleckiego i Suchockiej.Przypominam te meandry naszej polityki w połączeniu z gospodarką nie po to, by kogokolwiek zawstydzać, ale by uprzytomnić, że takie sytuacje zdarzały się i będą zdarzać nadal. A rzeczą rządu jest, gdy trzeba, dawać odpór. Także wtedy, gdy żądania mają za sobą długą i (pozornie) chlubną tradycję walki o słuszną sprawę.Menedżerowie z wielu dużych europejskich firm, wypowiadając się na łamach "International Herald Tribune" o konieczności zwiększenia konkurencyjności swoich przedsiębiorstw w porównaniu z firmami z Azji i USA, skrytykowali pomysł skracania czasu pracy. Także w kontekście zmniejszania bezrobocia. Pytanie, czy polska gospodarka, w ogromnej większości bardzo słabo konkurująca z Europą Zachodnią, może sobie pozwolić na to, na co nie stać ABB czy Lafarge, pozostawiam bez odpowiedzi. Mnie jawi się ona tak oczywista, że szkoda gadać. A rządową propozycję rozłożenia skracania czasu pracy na kilka lat, po pół godziny rocznie, odbieram jako grzeczną (z konieczności) formę powiedzenia: odczepcie się, nie zawracajcie głowy, mamy ważniejsze, trudniejsze i bardziej pilne sprawy do rozstrzygnięcia.

JAN BAZYL LIPSZYC