A może przestać interweniować?
Niemal we wszystkich krajach rolnictwo traktowane jest jako sektor gospodarki podlegający szczególnej interwencji państwa i szczególnym regulacjom. W Unii Europejskiej budżet rolniczy, przeznaczony na różnego rodzaju dopłaty dla producentów, stanowi przeszło połowę całego budżetu. Również w mniej regulowanych Stanach Zjednoczonych państwo nie zostawia rolnictwa wyłącznie grze sił rynkowych. Przykładem jest choćby cukier. Amerykańscy cukrownicy produkują go znacznie drożej niż na Karaibach czy w Ameryce Łacińskiej, więc państwo pomaga im, wyznaczając bardzo surowe kwoty importowe. W efekcie 250 milionów Amerykanów płaci za cukier dwa razy drożej niż w krajach sąsiednich, ale to pozwala zachować w samych Stanach Zjednoczonych pracę dla 10 tysięcy ludzi.
Podejmowane od kilkudziesięciu lat próby zliberalizowania handlu zagranicznego napotykają nieustannie barierę, jaką jest handel produktami rolnymi. Kraje bogate i biedne bronią się przed dopuszczeniem na swoje rynki narodowo obcego sera, mleka, szynki, ryżu. Wymyślają w tym celu skomplikowane doktryny ekonomiczne i polityczne. Na przykład Japonia, która warunki glebowe i klimatyczne ma dość słabe, twierdzi, że musi utrzymać samowystarczalność pod względem produkcji ryżu, gdyż to jest niezbędnym warunkiem jej bezpieczeństwa. Sami Japończycy są zdania, że ich ryż, choć drogi, ma niepowtarzalne zalety smakowe. Jest mianowicie kleisty, w odróżnieniu od ryżu chińskiego, czy indonezyjskiego. Dzięki dotacjom w japońskim rolnictwie zatrudnionych jest proporcjonalnie dwa razy więcej osób niż w Europie. Główne źródło dochodu japońskich rolników - około 80 proc. - to, rzecz jasna, państwowe dotacje.Twierdzenie o konieczności utrzymania żywnościowej samowystarczalności jest chętnie powtarzane na całym świecie. Jego anachroniczność jest oczywista. Ryż czy pszenica są surowcami łatwymi do kupienia na rynkach światowych. Ich cena waha się, lecz w ostatnich kilkudziesięciu latach nie było przypadku niedoborów na skalę światową któregoś ze strategicznych produktów spożywczych. Wbrew katastroficznym przepowiedniom świat cierpi nie na brak żywności, ale na jej chroniczny nadmiar. Dlaczego każdy kraj ma być samowystarczalny pod względem produkcji żywności, a nie - powiedzmy - produkcji samochodów, komputerów, butów? To wszystko są przecież towary.Istnieje cała skomplikowana wiedza o sposobach interweniowania, ingerowania państwa w produkcję rolną. Dotyczy ona zasad subsydiowania różnych rodzajów produktów, przyznawania premii, kwot, kontyngentów. Wiedza ta kwitnie szczególnie w Unii Europejskiej. Każdego roku przybywa kilkaset prac, analizujących sposoby subsydiowania produkcji rolnej.Specjaliści od rolniczych dotacji - dziesiątki instytutów, tysiące naukowców - żyją z tej wiedzy. Ich wyjaśnienia fenomenu - dlaczego to właśnie rolnictwo jest wyłączone z powszechnych regulacji rynkowych - nie są przekonujące. Jest zrozumiałe, że wolą nie zastanawiać się nad pytaniem - co by było, gdyby wszystkie te regulacje wyrzucić do kosza i rolnictwo traktować jak jedną z wielu gałęzi gospodarki, której znaczenie określa udział w worzeniu produktu krajowego. Ten udział to kilka procent.No właśnie - co by było, gdyby rolnictwo przestało być traktowane jako sektor specjalny? Proces taki łatwo sobie wyobrazić, bazując na teorii ekonomii. Z pewnością zmniejszyłyby się koszty produkcji rolnej i ceny, płacone przez konsumentów. Obniżone zostałyby podatki, równocześnie z dotacjami dla rolników. Zmniejszyłyby się nadwyżki produktów rolnych, dziś częściowo marnotrawione. Nastąpiłby ogólny wzrost bogactwa w krajach europejskich, a redukcja podatków i relatywne zmniejszenie kosztów pracy (dzięki tańszej żywności) spowodowałyby wzrost konkurencyjności europejskiego przemysłu. Żywność stałaby się zdrowsza, gdyż producentom nie opłacałoby się podnosić wydajności ziemi przez nadmierne stosowanie nawozów sztucznych lub specjalnych metod tuczu. Produkcja żywności zmniejszyłaby się, zwłaszcza w wysoko rozwiniętych krajach. Unia Europejska i Japonia stałyby się wielkimi importerami żywności z krajów słabiej rozwiniętych, mających lepsze warunki rozwoju rolnictwa. Przez to następowałoby wyrównywanie poziomów bogactwa na świecie.Liczba zatrudnionych w rolnictwie w Europie, Japonii i Stanach Zjednoczonych zmniejszyłaby się, lecz jednocześnie powstałyby miliony nowych miejsc pracy. Polska na generalnej liberalizacji rynków rolnych pewnie by zyskała, gdyż dziś, mimo wszystko, poziom regulacji jest u nas niższy niż w Europie Zachodniej.
WITOLD GADOMSKI
publicysta "Gazety Wyborczej"