Okiem spekulanta

Na rozwiniętych rynkach kapitałowych coraz popularniejsze staje się granie według systemu intra-day, czyli otwieranie i zamykanie pozycji - czasem kilkakrotne - na tej samej sesji. Specjaliści podkreślają, że jest to zajęcie przede wszystkim dla graczy profesjonalnych, a zarabianie na nim wcale nie jest najłatwiejsze. Na polskim rynku takie inwestycje też są możliwe, ale mocno ograniczają je wysokie prowizje, pobierane przez biura maklerskie.Strategię intra-day stosuje się nie tylko na rynkach akcji, ale także na rynkach instrumentów pochodnych. W polskich realiach najlepszym przykładem rynku, gdzie dominował ten sposób grania, była Warszawska Giełda Towarowa w początkowej fazie swego rozwoju. Codziennie zawierano na kontraktach dolarowych po kilkadziesiąt transakcji, ale liczba otwartych pozycji wynosiła zero. Było to możliwe głównie dzięki niskim prowizjom, a także wynikało z faktu, że dla graczy stosujących strategię intra-day wyznaczano niższy depozyt zabezpieczający. I tak pozostało do tej pory. Niestety, utrzymująca się dość niska płynność rynku kontraktów terminowych na waluty sprawia, że nie należy on do najbezpieczniejszych.Ale mamy przecież drugi rynek futures, organizowany przez giełdę, na którym handluje się głównie kontraktami terminowymi na WIG20. Tutaj płynność jest dużo wyższa. Od początku roku średni wolumen na sesję wynosi ponad 450 sztuk, trzykrotnie już była przekraczana granica 1000 sztuk. Dość zadowalająca jest również zmienność notowań: w tym samym okresie średnia różnica pomiędzy najwyższym i najniższym kursem na sesji wynosiła 20 pkt., a pomiędzy pierwszą a ostatnią transakcją - nieco ponad 10 pkt. Na naszym rynku zmiana o 20 pkt. w przeliczeniu na gotówkę to 200 zł, 10 pkt. to odpowiednio 100 zł. Ponieważ depozyt zabezpieczający wynosi ok. 2200 zł, wydaje się na pierwszy rzut oka, że gra intra-day może być zyskowna. Ale, ale - żeby wejść i wyjść z rynku, trzeba skorzystać z pośrednictwa biura maklerskiego. A otwarcie i zamknięcie pozycji kosztuje 35 zł. Z tego KDPW i GPW pobierają tylko 13 zł, reszta to opłata dla pośrednika. Ponieważ, jak już wspomniałem, stosowanie taktyki intra-day wymaga wysokich umiejętności, na dodatek nie wszystkie transakcje są udane, a już zupełnie nierealne jest założenie, że znajdzie się inwestor, który jest w stanie wychwycić maksymalny ruch cen na danej sesji - intra-day "po polsku" raczej nie jest opłacalne.Wysokość opłat pobieranych przez biura maklerskie jest absurdalnie wysoka, co na tak konkurencyjnym w końcu rynku może dziwić. Jak dotychczas nie słyszałem choćby o tak prostym zabiegu, dość często stosowanym na rynkach rozwiniętych, jak różnicowanie depozytu zabezpieczającego w zależności od wyników osiąganych przez graczy. Wydaje się, że biurom maklerskim po prostu nie zależy na rozwoju rynku futures. Dla nich najważniejszy jest rynek spot, na którym obroty są w końcu o wiele wyższe. To chyba takie zamknięte koło: obroty są niskie (w porównaniu z rynkiem akcji), więc opłaty wysokie, a to odstrasza inwestorów i ich aktywność jest niewielka. Ale skoro zarobki na rynku futures stanowią marginalną część zysków biur maklerskich, to dlaczego nie spróbować obniżyć opłat i przejąć część klientów od konkurencji? Ostatnio z cenną inicjatywą wystąpił prezes Rozłucki, deklarując, że giełda gotowa jest zmniejszyć pobierane opłaty z 5 do 4 zł. Na podobny krok można by zapewne liczyć ze strony KDPW. Czy to jednak zmobilizuje do działania biura maklerskie, które obecnie są chyba głównym hamulcowym rozwoju rynku futures? Pozostaje tylko mieć nadzieję, że tak.

TOMASZ JÓŹWIK