Przyznać trzeba, że sygnały docierające na rynek są bardzo niejednoznaczne i że w tym roku nie było jeszcze tak trudnego do analizy okresu na giełdzie. Z jednej strony bardzo niepokojące są informacje o kolejnych problemach ZUS-u i wpływie, jaki mogą one mieć na przyszłoroczny budżet, o czym powinniśmy się przekonać w czasie debaty budżetowej. Sytuację pogarsza fakt, że całą tę sprawę należy rozpatrywać nie tylko w wymiarze czysto finasowym, ale przede wszystkim w kontekście społecznym i politycznym. Nietrudno sobie wyobrazić scenariusz szukania winnych, co znowu podgrzeje nastroje na scenie politycznej, jeśli poszczególne partie polityczne będą starały się nawzajem sobie udowodnić, że winna jest ta koalicja, a nie inna. Przy okazji rodzi się pytanie o inne ukryte koszty realizowanych reform, które mogłyby niespodziewanie znaleźć swoje odbicie w cenach instrumentów finansowych. Należy jednak zauważyć, i to jest optymistyczne, że ostatnie ruchy na złotym były wywołane przede wszystkim przez spekualcje lokalnych dealerów, a nie przez gwałtowną wyprzedaż polskich aktywów przez inwestorów zagranicznych obawiających się dalszej deprecjacji złotego. Oczywiście, w przypadku rynku akcji od dłuższego czasu inwestorzy zagraniczni są głównie sprzedającymi, aczkolwiek wiązałbym to nie tylko z obawami o złotego, ale również z brakiem namacalnego ożywienia w gospodarce czy też z niepewnością co do stanu przygotowania Polski do problemu roku 2000. Jeśli chodzi o ewentualne pozytywy, jakich można się obecnie doszukiwać w sytuacji na giełdzie, to wydaje się, że zarówno z technicznego, jak i psychologicznego punktu widzenia rynek jest wyprzedany, o czym świadczą przede wszystkim znikome obroty. Poza tym trend sprzedaży polskich akcji przez inwestorów zagranicznych też nie może trwać wiecznie, gdyż i tak ich zaangażowanie jest poniżej poziomów odniesienia (benchmark) rekomendowanych przez Morgan Stanley czy IFC.

.