Na giełdę bez publicznej oferty

Obecnie na GPW notowanych jest jedenaście spółek, które pomimo swojego publicznego statusu trafiły na giełdę bez przeprowadzania publicznej oferty akcji. Ich losy kształtują się różnie, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że decyzje o wprowadzeniu do obrotu giełdowego były podejmowane pochopnie. Co prawda, osiągnęły one korzyści w postaci efektu marketingowego, jednak koszty funkcjonowania na rynku publicznym wydają się zbyt wysokie, co potwierdzają ostatnie decyzje o wycofaniu emitentów z giełdy.

Dlaczego rynek publicznyWłaściciele takich firm jak ZREW, Suwary czy Skotan, podejmowali decyzje o ich wprowadzeniu na rynek publiczny w czasach, gdy polski rynek kapitałowy znajdował się w fazie wzrostu. Giełda miała wówczas za sobą zaledwie jedno poważne załamanie i niewiele osób spodziewało się, iż w najbliższym czasie może nas spotkać coś podobnego. Oferty publiczne kończyły się powodzeniem, a debiuty na GPW z kilkudziesięcioprocentowym zyskiem dla inwestorów, którzy zdecydowali się nabyć walory w ramach pierwszej publicznej oferty, były na porządku dziennym. Dość powiedzieć, iż w samym tylko 1997 r. liczba spółek notowanych na GPW zwiększyła się z 79 do 126, co oznacza, iż na giełdzie pojawiał się nowy emitent średnio raz w tygodniu.Nic zatem dziwnego, iż w takich okolicznościach kolejne spółki wchodziły na GPW niemalże nie zwracając uwagi na koszty upublicznienia i przeprowadzenia oferty oraz późniejszego funkcjonowania na rynku. Już wtedy jednak pojawiły się pierwsze głosy, iż część spółek znalazła się na rynku zbyt szybko, lecz ich właściciele nie przejmowali się tym, traktując giełdę do wykorzystania nadarzającej się okazji do łatwego pozyskania kapitału. Nie wszystkim się jednak udało. Na takiej polityce "sparzyli" się emitenci, którzy nie zdążyli przeprowadzić emisji przed załamaniem rynków dalekowschodnich i późniejszym kryzysem rosyjskim.Wysokie koszty funkcjonowaniaWejście na giełdę bez przeprowadzania publicznej emisji akcji oznacza dla spółki niemalże takie same koszty, jak w przypadku oferty. Firma musi przygotować i opublikować prospekt emisyjny oraz dokonać wszelkich opłat związanych z wprowadzeniem walorów do notowań. Potem dochodzą do tego opłaty giełdowe oraz koszty związane z przekazywaniem informacji itp. Przykłady Dom--Plastu czy Zasady pokazują zaś, iż ponoszenie takich wydatków bez próby pozyskania kapitału z rynku nie ma większego sensu. Ponadto porównanie kosztów niepublicznego i publicznego podwyższenia kapitału wychodzi zdecydowanie na korzyść tej pierwszej metody. Jak podaje prospekt Skotanu, ostatnia oferta niepubliczna kosztowała niecałe 12 tys. zł, na co składały się głównie opłaty notarialne, sądowe i skarbowe. Oferta publiczna zaś to wydatek co najmniej kilkuset tysięcy złotych, w czym największy udział mają koszty druku prospektów i publikacji miniprospektów oraz promocji i reklamy.Niektóre spółki, jak np. Hydrotor, od początku nie zamierzały przeprowadzać nowej emisji akcji, w związku z czym wysokie koszty upublicznienia były niejako wkalkulowane. Gorzej wygląda to w sytuacji, gdy spółka we wszystkich obliczeniach uwzględnia wpływy z emisji, które mają pozwolić na realizację programu inwestycyjnego, nie mówiąc już o zrekompensowaniu środków zaangażowanych w jej przygotowanie. Koszty te niekiedy są na tyle wysokie, że właściciele decydują się na utrzymanie publicznego statusu, pomimo iż nie udało im się osiągnąć zakładanego celu ekonomicznego. Tak działo się np. z Centrozapem, który po kilku miesiącach przesuwania oferty ostatecznie z niej zrezygnował. Jako że upływał termin ważności prospektu emisyjnego, musiano zdecydować, czy firma pozostanie spółką publiczną, czy też wycofa się. Wówczas okazało się, iż m.in. ze względu na skomplikowane procedury (konieczność zwołania WZA, podjęcia uchwały większością 4/5 głosów, wymóg ogłoszenia wezwania na 100% akcji) zdecydowano o pozostawieniu spółki w obrocie publicznym. Podobnie było w przypadku Skotanu. że teraz spółka miałaby inny pomysł na pozyskanie kapitału, jednak wówczas wydawało się, iż decyzja o upublicznieniu jest najlepsza.Kiedy oferta publicznaSkotan dla zrealizowania swojego planu inwestycyjnego zamierzał zebrać z rynku zaledwie 2,5 mln zł. Specjaliści oceniają, iż organizowanie oferty dla takich pieniędzy to jednak pomyłka, tym bardziej że stosunkowo niewielka firma musi dać się "prześwietlić" od strony finansowej i informacyjnej, co może wykorzystać konkurencja. Powszechnie uważa się bowiem, iż po środki do 1 mln dolarów idzie się do banku, dla zdobycia od 2 do 6 mln dolarów należy skontaktować się z funduszami typu venture capital lub private equity, natomiast dopiero powyżej tej kwoty można robić emisję publiczną.Na giełdzie znajdują się również inne firmy, które zakładają, iż na początku rynek publiczny nie będzie służył im do pozyskiwania kapitału. Liczą one przede wszystkim na rynkową wycenę swojej wartości. Przeważnie ostatnie podwyższenie kapitału miało miejsce całkiem niedawno, dlatego nie potrzebują one od razu pozyskiwać kolejnych środków, tym bardziej że mają już inwestorów. Jednocześnie zakłada się, że w średnim okresie przeprowadzenie takiej operacji będzie konieczne, a wtedy będą już bardziej rozpoznawalne przez inwestorów i łatwiej im będzie sprzedać swoje akcje po wyższej cenie, niż spółkom zupełnie nowym. Do nich należy Permedia, która przeprowadzała ofertę w czerwcu 1997 roku, dzięki czemu udało jej się pozyskać 4,8 mln zł. W momencie wchodzenia na giełdę, jej prezes Tadeusz Bogusław zapowiedział, iż spółka nie zamierza podwyższać kapitału przez dwa lata.Może zmiana decyzjiDla samych spółek wejście na GPW jest również sprawą prestiżu i reklamy oraz zwiększenia rozpoznawalności, co w pewien sposób rekompensuje wysokie koszty upublicznienia. Prezesi giełdowych firm na ogół twierdzą, że pracownicy mają większą motywację do pracy w spółce giełdowej, a firmie łatwiej pozyskać nowe kadry. Dodatkowo zdobywa się większą wiarygodność wobec banków i kontrahentów. To ma natomiast wynagrodzić wszystkie niedogodności związane z utrzymywaniem publicznego statusu.

ADAM MIELCZAREK