Wielkim paradoksem czasów współczesnych jest to, że idee, nawołujące do ograniczenia roli państwa w gospodarce, skutkowały ogromnym przyrostem tej roli. Deregulacja w sektorze finansowym przeprowadzana była od lat 80. pod hasłem dania większej swobody „niewidzialnej ręce rynku". Finansiści z Wall Street mieli kierować się zdrowym, biznesowym rozsądkiem i pilnować się nawzajem. Oddali się jednak dzikiej spekulacji śmieciowymi instrumentami finansowymi, których zasad działania czasem nie pojmowali, a którym agencje ratingowe przyznawały oceny całkowicie oderwane od rzeczywistości. Skończyło się krachem z 2008 r., a wielu dotychczasowych championów „niewidzialnej ręki rynku" modliło się o interwencję państwa i banków centralnych. Ta interwencja nastąpiła. Kluczowe banki centralne z całego świata wtłoczyły w ciągu następnych lat ogromne ilości pieniądza na rynki, napędzając hossę na rynku akcji oraz obligacji. Zgromadziły przy tym ogromne aktywa. O ile w czerwcu 2008 r. suma bilansowa Fedu sięgała 893 mld USD, czyli 6 proc. amerykańskiego PKB, to w styczniu 2018 r. wynosiła 4,41 bln USD, czyli 22,5 proc. PKB największej gospodarki świata. Powiększyła się więc prawie o tyle, ile wynosi nominalny PKB Niemiec. Suma bilansowa EBC wzrosła między czerwcem 2008 r., a lutym 2018 r. z 1,46 bln euro do 4,49 bln euro. Bilans Banku Anglii wynosił w sierpniu 2008 r. 1,8 proc. brytyjskiego PKB, by w styczniu 2018 r. sięgać już 23 proc. Banki centralne USA, strefy euro i Wielkiej Brytanii są wciąż jednak daleko w tyle w stosunku do Banku Japonii. W czerwcu 2008 r. (po wielu latach prowadzenia programów QE) jego suma bilansowa wynosiła 19,2 proc. japońskiego PKB, by w styczniu 2018 r. sięgnąć 98 proc. PKB. Mowa cały czas o banku centralnym jednej z największych gospodarek świata. Przyglądając się tym liczbom, nie da się uniknąć skojarzenia, że „niewidzialna ręka rynku" jest konsekwentnie zastępowana przez „(nie)widzialną rękę" banków centralnych. Do czego ten proces może doprowadzić?