Trudno wskazać jedną, jasną przyczynę pogorszenia nastrojów na rynkach. Część analityków podkreśla zmianę oczekiwań względem polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. Rynkowe wyceny przyszłych ruchów Rezerwy Federalnej wskazują, że w tym roku czeka nas przynajmniej jedna podwyżka stóp za oceanem. To tłumaczy zachowanie amerykańskich obligacji, których rentowości spadły w ostatnich tygodniach tylko nieznacznie, a także dość szybko umacniającego się dolara. Inni analitycy wskazują natomiast na utrzymujące się ryzyko polityczne na Bliskim Wschodzie, nie bacząc na postępy w rozmowach między USA a Iranem. Negocjacje rozciągają się niemiłosiernie i wygląda na to, że USA mają coraz mniejszy wpływ na działania Izraela, któremu na pokoju nie zależy.

Rynkowe schłodzenie objęło na początek spółki półprzewodnikowe. Zaczęło się od Korei i 9-proc. zniżki KOSPI. Reszta azjatyckich rynków także wyraźnie traciła, w tym również te, które w tym roku i tak są słabe. Następnie spadki zawędrowały do Europy. Na GPW handel rozpoczął się od wyrysowania luki spadkowej. WIG20 w trakcie dnia zaliczył głęboki dołek na 3586 pkt, schodząc niemal do najniższych poziomów czerwca. To zmobilizowało jednak byki, które ruszyły do odrabiania strat. Czasu jednak było już na tyle niewiele, że WIG20 zamknął się spadkiem o 0,41 proc., dokładnie na minimum z poniedziałku. Z jednej strony mamy zatem dość wyraźną reakcję byków, natomiast nastroje na rynkach globalnych sprawiają, że popyt na GPW ma raczej związane ręce. Mowa tu zarówno o 3-proc. spadku Nasdaqa na otwarciu wtorkowej sesji, jak i wspomnianym już dolarze, którego siła sugeruje odwrót inwestorów zagranicznych z rynków wschodzących. Na tym tle bardziej czytelne stają się też sporo wyższe obroty, jakie miały miejsce podczas ostatnich sesji na GPW.