Co rynki finansowe lubią najbardziej? A, to akurat łatwe pytanie. Rynki finansowe najbardziej lubią prywatnie rozgadanych polityków. A czego nie lubią? No nie, to jeszcze łatwiejsze. Nie lubią polityków myślących. Myślący polityk, prywatny czy nieprywatny, jest nie do zniesienia. Nic na nim nie można zarobić.Na szczęście podaż polityków gadatliwych przekracza nawet zgłaszany na nich popyt. W normalnych warunkach powinno to prowadzić do spadku ceny. Ale ? zgodnie ze znanym ?prawem posła Wójcika? ? coś, co nie podlega z mocy ustawy obrotowi, nie ma ceny. A jak coś nie ma ceny, to ? oczywista ? nie może tanieć. W związku z czym rozgadani niesłużbowo politycy, jako obiekt nie podlegający dewaluacji, są ciągle w cenie. Dla tej samej przyczyny politycy mądrzy, oficjalnie i nieoficjalnie, których jest niedostatek, w ogóle się nie aprecjują.Po wywiadzie, jakiego ostatnio udzielił Reutersowi poseł Wiesław Kaczmarek, osoba prywatna, rynek aż się oblizał z rozkoszy. I nie dziwota, w końcu szykuje się niezły ruch w interesie.Pryncypialna krytyka posła SLD, z pozycji profesjonalnych, jest jak najbardziej pozbawiona sensu. Kaczmarek jest już na tyle oblatany w gazetach, że nie musi się dowiadywać od dziennikarzy, biznesmenów, inwestorów, ani nawet od Polskiego Stowarzyszenia Ekonomistów Biznesu, że deklaracja gotowości podniesienia deficytu budżetowego oraz dezawuacja niepatriotycznej postawy Rady Polityki Pieniężnej, nękającej kraj plagą stóp procentowych, są be i fe, prowadzą do destabilizacji wszystkiego itd. Poseł to wie. Można się nie zakładać. Szkoda pieniędzy. I jeśli pan poseł utrzymuje, że deficyt mógłby prowadzić do szybszego wzrostu, mniejszego bezrobocia, a RPP po zwycięstwie lewicy w wyborach parlamentarnych natychmiast obniży stopy procentowe, to sam w to naturalnie nie wierzy.Po co więc daje się w ten sposób wywiadować? To oczywiste: poseł Kaczmarek pragnie zostać prywatnie ulubieńcem rynków finansowych. Takim samym, jak ? powiedzmy ? minister Jerzy Kropiwnicki. Wiadomo, że kiedy ktoś taki przemówi ? ruch w interesie mamy gwarantowany.Jest to jedyny logicznie usprawiedliwiony rozbiór wypowiedzi, która w niespójnym ciągu zapisuje zrównoważony wzrost i niższe bezrobocie na konto taniego złotego, drogiego dolara oraz powiększania krajowych dezoszczędności przez sektor publiczny. Jest przecież oczywiste dla każdego myślącego starszaka, że większy deficyt musi spotkać się z reakcją władzy monetarnej. A ponieważ ta władza jest nieodwoływalna i będzie pochodzić z innego niż nowa większość parlamentarna rozdania, problematyka relacji polityki fiskalnej i monetarnej zostanie nieprzytomnie spolityzowana, co rynek zacznie kalkulować już teraz (np. w cenach długich papierów).Tak widziałby rzecz polityk mądry i bezbłędnie przewidujący konsekwencje wynoszenia pod niebiosa zalet dużego deficytu sektora finansów publicznych (wszystko jedno, w jakim ujęciu). Ktoś taki zanudziłby jednak rynek na śmierć. Niczego dobrego nie można by się po nim spodziewać.Gdyby natomiast miałoby być tak, jak prywatnie zapowiada Kaczmarek, to by dopiero było eldorado. Bezustanne wojny rządu z radą, huśtawki kursu, mnóstwo tanio sprzedawanych przez rząd papierów, wysoka inflacja, pełno dyskrecjonalnej polityki od ceł po podatki, barwne ucieczki do rajów podatkowych. Słowem: cała fura tych rzeczy, które chciwy na zyski rynek uwielbia wprost nieprzytomnie.Poseł Kaczmarek stanął do trudnej rywalizacji w kategorii prywatnych ulubieńców rynku. I nie jest tak całkiem na przegranej pozycji. Tłok, jako się rzekło, co prawda tu panuje nielichy, ale pan poseł tak wiele obiecuje, że przebić go będzie już teraz ciężko. Nawet komuś mniej niż on liberalnemu.

Janusz JANKOWIAK